Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Wyścig w progach Arktyki

Finnmarkslopet to najdłuższy i najbardziej morderczy wyścig psich zaprzęgów w Europie. Ludzie i psy muszą pokonać żywioły. Muszą działać razem albo zginą każde z osobna.

fot. Marcin Gienieczko
fot. Marcin Gienieczko /materiały prasowe

Alta niewielkie, 17 tysięczne miasteczko w północnej Norwegii. Co roku gości najmężniejszych ludzi z całej Europy, którzy pokochali Północ. Towarzyszą im psy. Wszyscy stają do walki z nie przewidywalnymi żywiołami, czasami i ze sobą nawzajem.

Wyścig odbywa się w dwóch kategoriach. Zawodnicy mają do pokonania 500 lub 1000 kilometrów przez lodowe piekło, gdzie śnieg zaciera wszelkie granice. Przeciera najdzikszy rejon pól. Norwegii: Finnmark. Od nazwy tego rejonu wzięła się nazwa wyścigi. Na 500 kilometrów startują ci, którzy mają miej doświadczeń w tego rodzaju wyścigu. Zaprzęg musi się składać z ośmiu psów i maszera. Każdy zaprzęg ma to same zadanie, pokonać olbrzymie połacie arktycznej zimy.

Wycie husky

W centrum miasta na parkingu gromadzą się samochody z naczepami. Psy zaniepokojone spoglądają na maszerów. Każdy maszer wyciąga z niewielkiego boxu psa. Są małe, żeby w nad pobudliwości pies nie szamotał się a tym samym nie zranił. Psy zaczynają dygotać. Każdy z nich chce już biec. Podnoszą wysoko głowy. Po Alcie roznosi się wycie husky. Mroźny podmuch wiatru zapiera dech w piersiach.

Finnmarkslopet to obok wyścigu Iditarod na Alasce, kanadyjskim Yukon Quest należy do trójki najtrudniejszych wyścigów psich zaprzęgów. Pierwszy Finnmarkslopet odbył się w 1981 r. z 3 zawodnikami na starcie. Trasa wiodła z Gargia do Karasjok i z powrotem w sumie 262 kilometrów. Maszerzy wówczas zabrali ze sobą na sanie śpiwory, namiot, kuchenki, żywność dla psów i dla siebie. Jeden z czynników tego wyścigu był test sprzętu zaprojektowanego na ekstremalne warunki.

Finnmarkslopet jest najbardziej na północ wysuniętym wyścigiem. Szlak legendarnego wyścigu Yukon Quest położony jest 300 kilometrów na południe. Tam na Alasce jest więcej drzew, można rozpalić ognisko, jedzie się korytami rzek, teren jest bardziej płaski, monotonny. Oczywiście są większe odległości ale tutaj na Finnmarkslopet maszer ma większe wzywanie. Zróżnicowanie terenu jest olbrzymie. Przecina kilka potężnych przełęczy, przepraw przez góry-komentuje Sven Engholm , który wygrał wyścig 11 raz .

Na campingu Alta gdzie zebrali się wszyscy maszerzy poznaję Tore Figenschau. Norweg przez 20 lat był nauczycielem w szkole podstawowej. Uczył języka norweskiego. Teraz jak większość jego kolegów maszerów prowadzi ,,psi biznes". Wyjazdy komercyjne dla turystów.

Zaprzęgi do boju

Witamy na międzynarodowych wyścigach psich zaprzęgów! - krzyczy do mikrofonu spiker. Podniecenie w psich zaprzęgach sięga zenitu. Podjeżdżają ciężarówki z prawdziwymi bohaterami Finnmarkslopet. To różne odmiany husky: Siberian, Alaska, Malamute. Niektóre sprawiają wrażenie drobniutkich - ważą 20-30 kilogramów, są jednak w stanie udźwignąć 140 kilogramowe sanie wraz z woźnicą.

Wreszcie w południe ruszają pierwsze zaprzęgi. Dookoła ruch, gwar. Widzowie przypatrują się każdej ekipie, która wypuszczana jest na szlak co minutę. W tym roku na 500 kilometrów bierze udział: 58 maszerów. Po raz pierwszy w historii w wyścigu startuje maszer z Polski.

- Dla mnie udział w Finnmarkslopet to wielka przygoda a jeszcze większe wyzwanie.

42-letni Morsztyn dziś spełnia wielkie marzenie. Od 16 lat zajmuje się psami zaprzęgowymi. Opatulany w czapkę uszatkę próbuje ujarzmić podniecone psy.

-Co myślisz o wyścigu? Dasz radę?

- Jak się nie zgubie powinienem dojechać - uśmiecha się. Wszyscy dookoła czują nadchodzącą adrenalinę. Morsztyn podnosi rękę do góry. Zwalnia śnieżną kotwicę, która wbita w lód utrzymuje cały zaprzęg. Kolejny zawodnik zajmuje miejsce na starcie. Jest nim Tore. Następne sanie, sygnał i?już ich nie widać. Pakujemy się do dużego pickupa. Zmierzamy wzdłuż trasy wyścigu tyle, że drogą.

Trudność Finnmarkslopet polega i na tym, że zawodnicy nie mogą korzystać z żadnych udogodnień współczesnej techniki np. GPS.

Przez cały czas wyścigu tylko maszer ma prawo przebywać ze swoimi psami, pomoc z zewnątrz jest niedozwolona. Przekroczenie linii, która oznacza terytorium maszera może doprowadzić do dyskwalifikacji zawodnika. Zawodnik wiezie ze sobą ekwipunek i żywność pozwalająca mu przetrwać co najmniej 1 dzień w przypadku zagubienia się. Pozostaje im tylko wymiana informacji na punktach kontrolnych rozlokowanych na trasie.

Dojeżdżamy do Skoganvarre pierwszego punktu kontrolnego. Wiatr przeszywa plecy mimo, że jesteśmy ubrani w puchowe kurtki.

W ciemnościach przebija się struga świata z założonej na głowie czołówki. Docierają pierwsi uczestnicy wyścigu. Pierwsza na 500 kilometrów jest kobieta! Katy Meier z pochodzenia Niemka ciągnie za szelki lidera zaprzęgu.

Żeby osiągnąć sukces w zawodach niezbędna jest ciężka praca w okresie przygotowawczym, umiejętne przygotowanie psów i rozsądne roztrenowanie. Zazwyczaj w ramach treningu przejeżdża się 5 tysięcy kilometrów.

Na punkcie kontrolnym unosi się swąd spirytusu. Maszerzy gotują na spirytusowych kuchenkach posiłek dla swoich bohaterów. Żywienie psów ma kluczowe znaczenie w samym wyścigu. Pies musi zjeść 1200 kalorii każdego dnia, maszer 3 tysiące kalorii. Wpatruje się w ekipy , które grzeją się przy ognisku. Zmieniają przepocone ubrania. Zabierają swoje wory w których jest pokarm dla psów. Każdy wór jest opisany nazwiskiem maszera.

- W tym roku śnieg jest jak cukier. Rani łapy psów. Z Alaski wysłano mi 3 tysiące butów na trening i zawody. Już połowy nie mam. Psy gubią buty w kopnym śniegu. Łapy po każdym etapie trzeba smarować maścią antybakteryjna - mówi jeden z uczestników.

- Pomóżcie mi zdjąć kurtkę. Norweg ledwo trzyma się na nogach. Zasypia na parę godzin w swoim namiocie, płóciennym Lavvo, który przypomina indiańskie tipi. Niegdyś w takich namiotach koczowali Lapończycy ze swoimi stadami reniferów. Mimo, że jest po 8.00 Polaka jeszcze nie ma.

-Jako jedyny z uczestników nie zjechał z trasy. Już nie ma szans na dalsze etapy- komentuje Krzysztof Hejke jeden z towarzyszy Morsztyna. Jeżeli Morsztyn nie wróci w ciągu 24 godzin będzie poszukiwany. Najprawdopodobniej zgubił szlak.

Nerwowość w ekipie daje o sobie znać. Norwegowie są miej spięci. Ich bohater jest już na szlaku. Dłuższy popas w gwarnym obozowisku to broń obsieczna. Rozleniwia podróżników, wybija z rytmu psy. Biwakowanie w absolutnej ciszy w lesie jest zdecydowanie lepszym posunięciem logistycznym - mówi Nicolas główny pomocnik Norwega.

Morsztyn znalazł się ponownie na punkcie startowym wyścigu.

- Zerwał się silny wiatr. Zaczął padać gesty śnieg. Po paru minutach nie widać było już szlaku - ze złością relacjonuje. Przyszła burza śnieżna. Widoczność spadła do 15 metrów. Nie mogłem wracać po śladach, bo wiatr wszystko zatarł. Zakotwiczyłem sanie, odpiąłem psy z lin ciągowych, zostawiając je spięte linkami przy obrożach. Zrobiłem biwak w zadymce śnieżnej. Następnego dnia próbowałem odnaleźć szlak. Odnalazłem, ale zamiast jechać w stronę kolejnego punktu kontrolnego, pomyliłem trasę i jechałem z powrotem.

-To jest zawsze hazard, kiedy zdajemy się na łaskę natury. Dariusz tym razem nie miał szczęścia. Zabrakło ogólnego doświadczenia. Jeżeli psy nie miały możliwość wcześniej pobiegać w głębokim śniegu miał małe szanse - mówi Jana Henychowa, jedyna Czeszka, która bierze udział w wyścigu.

W Levajok niektóre psy są tak zmęczone, że nie mogą szczękać. Jeden z nich całkowicie stracił głos. Wszyscy mają za sobą ciężką przeprawę przez góry w kopnym śniegu.

Pokonać siebie i naturę

Problemy z psami to nie jedyny powód do zmartwień dla uczestników Finnmarkslopet. Ogromnym zagrożeniem są jeziora - lód czasami nie jest wystarczająco gruby, by unieść ciężki zaprzęg. Były przypadki ekipy wylądowały w lodowatej wodzie, przy temperaturze -30 stopni. Uratowali życie, ale doznali licznych odmrożeń i oczywiście nie byli w stanie ukończyć biegu.

-Podczas startu w 2006 roku wiał tak silny wiatr, że musiałem się kłaść na ziemi, by nie poderwał mnie do góry wraz z zaprzęgiem. Na przełęczach latały olbrzymie kule lodu. Mróz tak był silny, że herbata w termosie zamarzała po 20 minutach przeprawy. To był etap przez lodowe piekło - mówi Thomas Jacobsen z Tromso.

W tym roku jest bardzo wysoka temperatura. Ciepło. Pomiędzy Levajok a Karasjok jest zaledwie -3 stopnie. To śmieszna temperatura jak na tę porę roku. Ale czasami jeszcze potrafi tutaj przemrozić - mówi Marit Honerod Hovied organizatorka tegorocznego wyścigu. Są też inne niemniej groźne niebezpieczeństwa. Zmęczenie, brak snu i migoczące wieloma kolorami światło zorzy polarnej może powodować halucynacje. Doprowadzają często do błądzenia. Zmęczony mózg zaczyna płatać figle. Podczas wyścigu w 2006 roku Tore zobaczył na swoim szlaku niedźwiedzia.

- Mruczał, ryczał coś do mnie. Po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do niego. Zacząłem go lekceważyć - wspomina podczas postoju Tore Figenschau. A przecież w Norwegii, jak i wszędzie na świecie, niedźwiedzie zimą zapadają w głęboki sen.

Półmetek jak zbawienie

Ekipy docierają do Karasjok. Niewielkiego miasteczka nad rzeką Tana. To tutaj w środkowej części trasy na 500 kilometrów, znajduje się punkt kontrolny, który zazwyczaj rozstrzyga zawody. W tym miejscu kończy się idylla.

Miasto jest siedzibą parlamentu norweskiej Laponii (lud Sami), otwartego w 1989. Karasjok jest również znany jako biegun zimna i najzimniejsze miejsce w Norwegii. Najniższa zanotowana temperatura wynosiła -51,4°C.W 2006 roku gdzie temperatura podczas wyścigu spadła do minus 43 stopni większość maszerów musiał zrezygnować z dalszego udział w morderczej gonitwie. Jednym z nich był Tore Figenschau. Jego psy były tak wyziębione ,że nie potrafił wstać po 30 minutowym odpoczynku.

Psy utykają. Niektóre mają poważne rozwolnienie. - Nie wytrzymały tempa, zbyt mocno napierałem na nie w górach. Muszę jeszcze się dużo uczyć- żali się Hendrrik Stachnau maszer z Niemec.

Tore też ma problemy. Jego leader, czarny jak smoła Midas, ma problem z prawą łapą. Weterynarz dotyka delikatnie łapy. Po dolinie roznosi się donośne wycie. Jego udział w zawodach właśnie się zakończył.

W stronę mety

Ci , którzy jako pierwsi stawią się Jergul w ostatnim przed metą punktem kontrolnym, mogą liczyć na miejsce na podium. Do końca biegu pozostało już tylko 10 godzin jazdy. Ludzie wiedza o tym z map. Psy to wyczuwają. Tutaj większość maszerów ma 12 godzinny postój. Zarówno psy, jak i maszerzy muszą być bardzo dobrze wypoczęci. Do Jergul dobiegły najsilniejsze zespoły. Na 500 kilometrów odpadło już 25 ekip.

O godzinie 9.00 po 5 dniach zmagań, przy zalewie zerowej temperaturze,Tore przekracza linie mety. Jest na w pół żywy. Pot ścieka po twarzy. Psy wydają się rozkojarzone światłami, tłumem ludzi. Woźnica podchodzi do każdego , głaszcze, rozmawia z każdym z osobna. To one są bohaterami wyścigu. I pomyśleć, że cała przygoda zaczęła się 25 lat temu, kiedy miałem jednego psa labradora- uśmiecha się Norweg.

Marcin Gienieczko

źródło informacji: INTERIA.PL

Dodatki

Warto zobaczyć

temp: / °C ciśnienie: hPa,


  • Jak zwykle po łebkach
    (2010-05-09 20:01)
    ~maszer

    Kolejny raz same nieścisłości w psim temacie. Czy do jasnej cholery nie można się czegoś dowiedzi...


Informacje dodatkowe