Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Szczyt marzeń

To miał być dowód, że w ich życiu wszystko jest jeszcze możliwe. Dwa lata temu każda była w dołku. Trudny rozwód, brak pracy, walka z choroba. Spotkały się na kursie dla "kobiet poszukujących". Zdecydowały, że... wspólnie zdobędą Kilimandżaro. Ale wcześniej zrobiły porządek w swoim życiu, założyły firmy, zaczęły pomagać innym kobietom. Na dach Afryki poszła z nimi aktorka Małgorzata Foremniak i Anna Jasińska, dziennikarka "Twojego Stylu".

Małgorzata Foremniak była jedną z uczestniczek wyprawy
Małgorzata Foremniak była jedną z uczestniczek wyprawy /Twój Styl

Wschodu słońca nie widać, choć idziemy już piątą godzinę w ciemnościach. Ważne jest tylko, by postawić nogę dokładnie tam, gdzie osoba przed tobą. Inaczej osuwasz się o kilka metrów w dół. Boli głowa, mięśnie. Teraz już wiemy, że spełnianie marzeń przybiera czasem ekstremalne formy...

Na starcie

Czwarta rano. Okęcie. Stoję z dziewczynami ze Stowarzyszenia Kilimandżaro w hali odlotów. Dwa lata starań, szukania sponsorów, załatwiania, a budżet wyprawy udało się domknąć w ostatniej chwili. Ale wierzą, że "będzie dobrze". Choćby dlatego, że "mają szczęście do ludzi". Leszek Cichy, zdobywca Korony Ziemi, wyczytał gdzieś, że "grupa amatorek wybiera się na dach Afryki" i sam zadzwonił z pytaniem: "Macie już przewodnika?". Wśród dziewczyn krąży dziennikarka z telewizji: "Po co idziecie na to Kilimandżaro?". Słucham, jak Ewa, prezes Stowarzyszenia, tłumaczy: "Chcemy pokazać sobie i innym, że zwykłe kobiety mogą osiągać niezwykłe cele. To też symbol zmian, które ostatnio zaszły w naszym życiu". Ładnie, oficjalnie... ale mnie ciekawi, co się kryje za tymi słowami. Dlaczego dziesięć kobiet w różnym wieku, z różnych środowisk za chwilę razem poleci do Afryki?

Realistkom dziękujemy

Po kilkunastu godzinach lądowanie w Tanzanii. Kilka formalności i już jesteśmy w małym hoteliku na przedmieściach Arushy. Przy kolacji Ewa wznosi toast: "Za nas w Afryce! Pamiętacie, co było dwa lata temu?". Rok 2007. Ewa "ma wszystkiego dość". Od siedemnastu lat siedzi w domu: mąż, dzieci, gotowanie, sprzątanie. "Na pracę i moje sprawy przyjdzie czas", powtarza sobie, ale ma 42 lata i "jej czas" nie nadchodzi. Kiedyś dla rodziny przerwała studia, teraz jest "pracownikiem bez kwalifikacji i doświadczenia". W gazecie znajduje informację o "kursie aktywizacji zawodowej dla kobiet, które poszukują nowej drogi w życiu i nie boją się nowego". Ewa boi się już tylko tego, że kolejne lata będą podobne do poprzednich.

Dziewczyny, które spotyka na zajęciach, są inteligentne, energiczne, z pomysłami. Jak ona. I większość też na zakręcie. Wspierają się, inspirują. Po dwóch tygodniach trudno się rozstać. W końcu Ewa rzuca hasło: "Ta grupa to szansa dla nas wszystkich. Zróbmy coś nieprzeciętnego. Może zdobędziemy jakiś szczyt?".

Jej wzrok pada na kalendarz ścienny z górskim widokiem. "Na przykład ten?". Ktoś wybucha śmiechem: "To Kilimandżaro, najwyższy szczyt Afryki! Bądź realistką! - Wiecie co, realistką to ja byłam przez ostatnie kilkanaście lat - odparowuje Ewa. - I wystarczy. Teraz chcę iść na Kilimandżaro! Ktoś się przyłączy?".

Amatorki z charakterem

Park Narodowy Kilimandżaro. Dziewiąta rano. Zaczęło się na dobre. Przy wejściu do rezerwatu czarnoskóry strażnik z karabinem patrzy surowo na nasze "pozwolenie": nazwisko, zawód, wiek. Odtąd w każdym schronisku będziemy wpisywać do specjalnych ksiąg: montażystka filmowa, nauczycielka, fotograf, handlowiec, dziennikarka, aktorka. Najmłodsza z nas ma 32 lata, najstarsza 56. Ale, jak powtarza Leszek, "liczy się charakter, nie metryka". No i kondycja. Kilkugodzinny marsz przez dżunglę będzie jej pierwszym sprawdzianem.

"Dziś się nie zmęczycie" - uspokaja nas Cichy. - "To miły spacer. Pod wieczór dotrzemy do schroniska Mandara na 2700 m n.p.m.". Dla człowieka, który zdobywał zimą Mount Everest, to "rozgrzewka". Ale żadna z uczestniczek wyprawy nie była jeszcze tak wysoko. Na więcej niż wypad w Tatry brakowało czasu. "Dziewczyny, zróbmy sobie zdjęcie, dopóki jeszcze jakoś wyglądamy", śmieje się Marzena. To ona, asystentka operatora na planie Miasta z morza, sprawiła, że idzie z nami Małgorzata Foremniak. Podczas zdjęć do filmu piły razem herbatę. Nagle Marzena wstała: "Przepraszam, pora na wieczorny bieg, Kilimandżaro zobowiązuje!". Potem opowiedziała Małgosi o Stowarzyszeniu. Chyba przekonująco. Kilka dni później aktorka dołączyła do ekspedycji. Od dawna marzyła o takiej wyprawie.

Marzena pożyczyła profesjonalną kamerę, żeby z kobiecej ekspedycji powstał film. I w ogóle chętnie podejmuje się trudnych zadań. Mówi o sobie: "nadrabiam czas, w którym nie istniałam". Nikt nie domyśliłby się, że przez osiemnaście lat była ofiarą przemocy psychicznej. Mąż decydował o wszystkim, co jej dotyczyło: nie pozwalał samej wychodzić z domu, pracować, spotykać się ze znajomymi. To on ustalał, jakich wolno jej używać kosmetyków i co może na siebie włożyć.

Przebudzenie nastąpiło, gdy usłyszała od lekarza: "Ma pani guz". Pierwsza reakcja? Ulga. Choroba zakończy ten koszmar. Dopiero potem dotarło do niej, że przecież chodzi o jej życie. Postanowiła, że jeśli z tego wyjdzie, zacznie wszystko od nowa. Bo dotąd za swój największy sukces uznawała to, że "nie ma z tym facetem dzieci". Cierpienie byłoby podwójne. Gdyby ktoś powiedział jej, że kilka lat później będzie pracować przy filmach, studiować scenopisarstwo i wspinać się na Kilimandżaro, pomyślałaby, że to opowieść o innej kobiecie.

Dziś wierzy, że dotrze na szczyt. W Warszawie wszystkie wierzyły. Ale pod wieczór Asia, czterdziestolatka z nadwagą, która dobrnęła do schroniska ostatnia, ma łzy w oczach. Pierwszy odcinek, a ona już jest wyczerpana. Bohaterką dnia jest Irena, która z własnej woli została ze zmęczoną koleżanką i doprowadziła ją do bazy już po zmroku.

Skromna 37-latka ma najlepszą kondycję w grupie. Od kilku lat ćwiczy karate (przygotowuje się do egzaminu na granatowy pas). Gdy nocą opowiada o byłym mężu i pobycie w ośrodku dla kobiet ofiar przemocy domowej ("Z lodówki znikało wszystko, co kupiłam, dzieci płakały przez całą dobę, kobiety urządzały sobie awantury"), dociera do nas, jaką drogę przeszła. Do dziś pamięta, jak wprowadziła się z kilkuletnim synkiem do mieszkania, które udało jej się załatwić w gminie. Chciała skakać ze szczęścia, a rozpłakała się, bo syn przez tydzień nie wychodził na podwórko - bał się, że podczas nieobecności "ktoś zabierze ich nowy dom".

"Wtedy postanowiłam, że Krzyś będzie miał silną matkę", mówi. I nikt nie ma wątpliwości, że osiągnęła cel. Bez Ireny kilka dziewczyn miałoby kłopot z dotarciem do celu. Każdego wieczoru robi masaże koleżankom, którym wysiadają nogi: "No, która tam jeszcze ma jakieś bóle?", pyta z uśmiechem, choć kolejny zabieg oznacza, że sama pewnie spóźni się na kolację.

Spacer nad chmurami

Nasz następny cel to chata Horombo 3700 m n.p.m. Mówimy sobie "tylko tysiąc metrów", ale droga zajmuje cały dzień. Robi się chłodno, wkładamy polary. Mija nas schodzący z góry młody Amerykanin: "Don't do it!", mówi i wcale się nie uśmiecha. Wszystko jasne, nie wszedł. Z kilkunastu tysięcy turystów z całego świata, którzy co roku próbują wejść na Kilimandżaro, szczyt zdobywa zaledwie co szósty. Drogę pokrywa wulkaniczny pył. Kto oddycha przez usta, po godzinie ma czarne zęby. Zaczynamy kaszleć. Coraz częściej zatrzymujemy się na postoje. Kinga, reżyserka, która chce nakręcić film fabularny o kobiecej wyprawie na Kilimandżaro, ma dziś dobry dzień, idzie w grupie dziewczyn, które pierwsze dotrą do celu. Jest dobrze, choć przed wyjazdem brakowało jej czasu na trening.

W tyle została Jola. Ma 55 lat i piątkę dzieci w Warszawie. Kiedyś pracowała w handlu zagranicznym, ale gdy najmłodszy syn podrósł, a ona chciała wrócić do pracy, jej doświadczenia okazały się "z innej epoki". Dopadła ją frustracja. "Mam tyle sił, wolny czas, jestem odpowiedzialna - naprawdę nikt tego nie chce?".

Kurs, na którym poznała dziewczyny, zmienił wszystko: "Zaczęłam robić nowe rzeczy, bo nie miałam innego wyjścia". Kilimandżaro wydało jej się szalonym pomysłem, ale w końcu powiedziała: "Czemu nie? Niech dzieci zobaczą, że matka niczego się nie boi", i wpisała się na listę. Zaczęła fotografować, chce, żeby to był jej nowy zawód. "Miałam już wystawę, a niedawno młoda prawniczka kupiła ode mnie kilka pejzaży do swojej kancelarii", mówi z dumą i w ogóle nie martwi się słabą kondycją: "To co, że idę w ogonie? Przynajmniej mam czas na zdjęcia. Jakie ja w tej dżungli zrobiłam drzewa i kwiaty! Zobaczycie, będzie wystawa!".

Pod wieczór docieramy do schroniska. Stoję na zboczu, w dole biały puch - jesteśmy ponad chmurami! Wchodzę do drewnianego baraku, w którym spędzimy noc. "Dziewczyny, tu jest jak w Alcatraz!", słyszę. To Ela, najstarsza i chyba najbardziej energiczna z nas. Rzeczywiście, piętrowe prycze, w oknach kraty. Może to ochrona przed zwierzętami? "W życiu nie spałam w takich warunkach! - śmieje się Ela. - Nie wiedziałam, co tracę!".

Dla kilku dziewczyn ta wyprawa to pierwszy kontakt z egzotyką. Ela jest wyjątkiem - pracowała w biurach turystycznych, zwiedziła świat. W czasie drogi zasypuje nas tysiącem anegdot: "Pamiętam, jak kiedyś w RPA..., a na Hawajach to...". Z większą pasją niż o podróżach opowiada tylko o swoim wnuku (miesiąc przed wyprawą została babcią). Zastanawiam się, jak bizneswoman znalazła się w grupie "kobiet na zakręcie". "Dwa lata temu prowadziłam firmę turystyczną - opowiada. - Gdy po zawale leżałam w szpitalu, zagraniczni wspólnicy zniknęli z całym majątkiem. Musiałam wygrzebać się z długów i kłopotów. Dostałam pracę przy grantach dla organizacji pozarządowych. Stowarzyszenie przysłało najciekawszy projekt: kursy dla matek, które po urlopie wychowawczym wypadły z rynku pracy". Dotacji nie udało się załatwić, ale gdy przyszła redukcja zatrudnienia i Ela w wieku 55 lat dostała wypowiedzenie, zadzwoniła do "Kilimandżaro": "Chcę działać z wami". I dołączyła do składu kobiecej wyprawy na najwyższy szczyt Afryki.

Kryzys pod zebrą

Dzień aklimatyzacyjny. Wszystkie miałyśmy nadzieję, że odpoczniemy. Ale wędrówka pod wulkan Mawenzi, a potem wejście na szczyt Zebra Peak (4700 m) okazuje się wyczerpujące. Na poziomie 4500 metrów Marzena ma problemy z sercem. Na szczęście ktoś ma glucardiamid. Nawet dziewczyny, które dotąd czuły się świetnie, narzekają na ból mięśni. Do obozu na wysokości 3700 m wracamy na trzęsących się nogach. A dopiero następny dzień ma być trudniejszy, jak obiecuje Leszek.

Przed nami znowu tysiąc metrów, ale teraz zadyszkę wywołuje już zawiązanie sznurówek. Ciśnienie coraz niższe (na szczycie prawie o połowę!). Wszystkie się dziwimy, skąd Kaja, która przez całą drogę kręci film z wyprawy, ma jeszcze siły, by co jakiś czas wyprzedzać nas dla kilku ujęć. "Nie mam wyjścia, wejdę na tę górę choćby na kolanach", żartuje, ale wiem, że właśnie kolana to jej słaba strona - oba po poważnej kontuzji. Kaja wspina się tylko dzięki ortopedycznym stabilizatorom, które każdego ranka zakłada na nogi. Wieczorem już na serio powie: "Jest cholernie trudno. Ci wszyscy, którzy mówią, że Kilimandżaro to spacerek, po prostu tu nie byli".

Przed wyprawą dała sobie wycisk - codziennie siłownia i bieg po bieżni z nachyleniem. Latem przejechała rowerem ponad 350 kilometrów w kilka dni. Zrobiła nawet próbę wytrzymałościową - trener powiedział z uznaniem "no, no". Ale wszystkiego nie da się załatwić siłą woli.

Dwa lata temu Kaja dowiedziała się, że ma chorą tarczycę. Musiała zażywać radioaktywny jod. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że bez względu na dietę i sportowy styl życia jej waga skoczy o trzydzieści kilogramów. Ale nie daje po sobie poznać, że jest jej trudniej niż innym. Nastroje się zmieniają. Dotąd szłyśmy w grupach, były rozmowy. Teraz wleczemy się w milczeniu. Do ostatniej bazy, Kibo na 4700 m, docieramy na obolałych nogach. Ale odpoczynku prawie nie będzie, dziś przecież nie śpimy - za kilka godzin wymarsz na szczyt! Nie skarży się tylko Irena i Ania, która dotąd raz szła na końcu, a raz wyprzedzała wszystkich bez trudu. "Pracoholiczka potrafi!", uśmiecha się, gdy widzi zaskoczenie na twarzach koleżanek. Kilka lat temu po kilkanaście godzin dziennie spędzała w firmie, a szefom i tak zawsze było mało. Prawie nie widywała syna. W końcu zaryzykowała: zwolniła się, założyła własny biznes i "znowu żyje".

Milczący szczyt

Temperatura zbliża się do zera. Wyjście do toalety jest poważnym kłopotem. Na tej wysokości nie ma już wody. Wilgotne chusteczki, które przywiozłyśmy z Polski, stają się bezcenne. Przy kolacji Asia, której od początku było trudno, mówi: "Nie pójdę wyżej, przepraszam, dziewczyny, ale nie dam rady". Widać, że jest wyczerpana. Koleżanki bały się, że zrezygnuje wcześniej. "Ja też zostaję" - dla Marzeny, której serce zaczęło bić nierówno, to ciężka decyzja. Jeszcze dzień wcześniej liczyła, że jej się uda. Ale ryzyko jest zbyt duże. "A ty, Grażyna? - Leszek wie, że szczupła 35-latka, która przez pierwszą część wyprawy wspinała się bez trudu, od dwóch dni ma problemy z żołądkiem. - Idę... Że też akurat teraz coś musiało mnie dopaść!".

Kilka minut po północy ciemności przed schroniskiem rozprasza tylko kilka świetlnych punktów. To czołówki, małe lampki, które zakładamy na głowy, by nie zboczyć ze szlaku podczas wielogodzinnej wędrówki. Słońce wzejdzie tu dopiero przed szóstą. Na grube czapki wkładamy kaptury, obowiązkowe dwie pary rękawic, pod ocieplanymi spodniami podwójne "kalesony termiczne". Dwa dni temu na szczycie było minus 17 stopni i wiał silny wiatr. Idziemy w milczeniu. "Do przejścia jakieś 30 kilometrów pod górę - kalkuluje w myślach Ewa. - Dam radę. W końcu jestem prezeską Kilimandżaro!". Po kilku krokach kręci się jej w głowie. Przesuwa się na koniec grupy. Idzie jak w transie. Ile minęło czasu? Godzina? Trzy? "Słabo mi", mówi. Z ciemności dochodzi odpowiedź: "Przekroczyliśmy pięć tysięcy metrów, mogą zacząć się kłopoty". Ewa nie nadąża, ale nie rezygnuje.

Kaja, która wciąż myśli o tym, że musi nakręcić zdjęcia ze szczytu, też zostaje za grupą, zdana na jednego z murzyńskich przewodników, którzy towarzyszą nam na wszelki wypadek. Chłopak co jakiś czas wyprzedza ją o parę metrów, siada na skale i zasypia. Gdy Kaja go budzi, pyta z nadzieją: "Wracamy? - Człowieku, o czym ty mówisz! Pokazuj mi drogę i targamy na szczyt!".

Leszek wysyła na dół Jolę po tym, jak o mało nie upadła na twarz, a chwilę później od zsunięcia się ze stoku uchronił ją tylko refleks stojącego obok tragarza. Ale Jola ignoruje polecenie: "Jak usłyszałam: wracasz, to się wkurzyłam. Zjadłam czekoladę i pomyślałam: Ja wam jeszcze pokażę!". O szóstej rano na Gilman's Point (5681 m n.p.m.), ostatni oznakowany punkt korony Kilimandżaro przed szczytem, weszły Ela, Jola, Ewa, Kaja i Kinga. Były jednak zbyt wyczerpane, by pokonać brakujące do zdobycia szczytu (5895 m n.p.m.) dwieście cztery metry. Dotarły tam Ania, Irena, Małgorzata Foremniak i ja. Gdy po zejściu, jeszcze w dżungli, otworzyłyśmy szampana, dziewczyny powiedziały tylko: "Zrobiłyśmy to! Wszystkie. Każda na miarę swoich możliwości. Na tej górze nasza podróż na pewno się nie skończy".

Anna Jasińska

źródło informacji: Twój Styl

Więcej o:
Ale,
była

Warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Wasze komentarze (33)

Dodaj komentarz

~WljbqvAlMJUrOsyJcw -

There's a terrific amount of knowledge in this artlcie!

~vwrqUiyWjAgYmjNt -

Grazi for mkaing it nice and EZ.

~Marylka0110 -

Jesteście super i wasza wyprawa dodaje skrzydeł wielu osobom a kobietom szczególnie. Jestem pełna uznania dla Was wszystkich, nawet dla tych które nie dały rady wejść na sam szczyt. Wy zdobyłyście swoje własne najwyższe szczyty.!!!

~Gratulek -

Lubię góry. I kobiety. Niezły wyczyn. Podziwiam.

~marzycielka -

Najszczersze gratulacjie dla Was zdobywczyni kilimandżaro :) Ogromny wyczyn naprawdę takich kobiet na świecie potrzeba :)

~mi -

Tez bym tam chciala byc.Zazdroszcze Wam bo ja tylko moge marzyc o czyms takim...

~Marzycielka -

Nieważne kto i jak pomagał ważna jest jest odwaga i chęć - gratuluje.Sama chciałabym cos takiego przeżyć , nie do końca należy sie poświęcać rodzinie ...Nam też sie coś od zycia należy.Pozdrawiam.

~Sha -

Brawo... Szacunek dla Was dziewczyny:)

~Marcia1978 -

Zarabuiajace maks 2000/miesiac. juz to widze. Bardzo biedne byc musialy jak mialy czas i pieniadze na kursy - mnie, choc wiem ze mi to potrzebne, nie stac nawet na terapie antydepresyjna, ale ja nie mam bogatych bylych mezow zeby mi to finasowali a na zwolnienia czy bezplatne urlopy mnie nie stac bo bank zabierze mi mieszkanie. A potem ciekawe skad znalazly czas na taki wyjazd - jesli mogly sobie pozowloc na tak dlugie bezplatne urlopy, albo niepracowanie to naprawde winszuje tak bogatych mezow i tak pozytywnie zakonczonych spraw rozwodowych. Ja niestety milam tylko narzeczonego golodupca, ktory mnie zostawil z depresja w kieszeni. I z kredytem na 30 lat do spalcenia, a mielismy mieszkac razem.

~Kobita:) -

Brawo Babeczki:) Jesteście świetne:) Zazdroszczę Wam tego wszystkiego:)Super !!! Trzymajcie się:)