Pustka zaczyna doskwierać. Dopiero kilka lat temu otwarto pięć miast rozproszonych wzdłuż linii Kolei Transsyberyjskiej - i to dla cudzoziemców objętych nadzorem. Tymczasem Syberia schowała się w plotkę. Białe przestrzenie do dziś są źródłem fantazji i obaw. Jest miejsce, gdzie białe żurawie tańczą na wiecznej zmarzlinie, gdzie wielkie miasto dryfuje zagubione wśród morskiej kry, gdzie mamuty śpią pod lodowcami. Jest miejsce (aż strach pomyśleć), gdzie wciąż trwa w sekrecie koszmar Gułagu, gdzie odbudowuje się silosy rakietowe...
Miejsce, skąd się nie wraca
Koła pociągu wloką się żałośnie przez Ural - jak starcy, którym brakuje oddechu. Góry wyglądają na zbyt niskie, by wyznaczyć jakąkolwiek granicę, a tym bardziej dział między Azją a Europą: niewielkie spiętrzenie zaciemnionych sosnami zboczy. Za moim oknem palisady drzew iglastych i brzóz ustępują sennym wioskom i miasteczkom nad porośniętymi zielskiem stawami. Skarpy po bokach torów lśnią od letnich kwiatów. Polanki w głębi przesuwają się jak przeźrocza w latarni magicznej: obramowane płotem drewniane chaty i grządki warzyw, śpiące na trawie bydło.Zmierzch przychodzi nagle, jakby istniał też rozdział między światłem a mrokiem. Syberia jest zaledwie kilka kilometrów stąd. Czuję dreszczyk emocji. Wyślizguję się z europejskiej części Rosji prosto w coś, co zdaje się raczej obszarem istniejącym w ludzkich umysłach niż krainą na mapie. Nawet teraz, w ostatniej chwili, wszystko przede mną - wszelkie gwałtowności czasu i geografii - jest jakby rozrzedzone, zbyt zimne i zbyt rozległe, by mogło być do końca prawdziwe. Nadciąga z ciemności jak ostateczna, nieziemska Zagranica. Miejsce, skąd się nie wraca.
Wszystko rozpada się w kawałki
Wybrałem je wbrew sobie. Padłem pod nagłym naporem bezkresnej przestrzeni zakazanego świata. Ogrom Syberii przyćmił wszystkie moje podróże po Azji. Zwyczajowe początki - czyli zerkanie ukradkiem do atlasu - dokuczały coraz mocniej, aż to odludzie wydało się nie tyle puste, ile niezauważone albo zabazgrane niewidzialnym atramentem. Zaczęło we mnie wsączać swój zdradliwy jad. Azerski handlarz, który jedzie ze mną w wagonie, ani razu nie wyjrzał przez okno. Mówi, że Syberia jest nudna i biedna.Handluje ubraniami między Moskwą a Omskiem i wciąż stuka palcami w kieszonkowy kalkulator. - Ja bym tam długo nie wytrzymał - stwierdza. - Wszystko rozpada się w kawałki. Na pańskim miejscu wybrałbym się do Chin. Chiny są bardziej przyszłościowe.
Handlarz jest wielki i kudłaty, ma jakieś trzydzieści parę lat i zaczyna się już sypać. Obudziwszy się z drzemki, przegląda się w lusterku do golenia i ciężko wzdycha, jakby spodziewał się ujrzeć kogoś innego. Nagle za oknem wyrasta widmowy obelisk, wzniesiony prawie dwieście lat temu przez cara Aleksandra I. Stoi na niskiej skarpie, rozbielony światłami naszego pociągu. Tu jest geograficzny początek Syberii. Z przodu cokołu widnieje napis "Europa", po drugiej stronie - "Azja". Pomnik znika chwiejnie w tyle, po czym znów zapada ciemność. I oczywiście nic się nie zmienia. Bo granica między Europą i Azją istnieje tylko w wyobraźni. Nie ma fizycznego podziału między dwoma kontynentami.
Wagon się trzęsie i mruczy
Być może starożytni geografowie z Zachodu (który też jest sztucznym pojęciem) zdecydowali któregoś dnia, że tu będzie Europa, czyli to, co znane, a tam dalej będzie Azja, czyli to, co gdzie indziej.Tak więc czekam na zmianę, choć wiem, że na próżno. W ciemności wykop kolejowy zdaje się tonąć głębiej, a ciąg drzew - wznosić nad nim bardziej zawrotnie. Gdzieniegdzie ziemia rozpada się w upstrzone bladymi światłami doliny; w pewnej chwili z wagonu restauracyjnego dostrzegam horyzont wyblakły od poświaty niewidzialnego miasta.
Nie śpię. Azer siedzi metr ode mnie i chrapie, aż dudni. Przeglądam więc mapy i zalewają mnie na przemian fale podniecenia i niepokoju; dla ukojenia wciąż wracam wzrokiem tam, gdzie jestem. Od tego miejsca - gór po zachodniej stronie Jekaterynburga - Syberia ciągnie się prawie dziesięć tysięcy kilometrów na wschód, a trasa mojej podróży sięga jeszcze dalej, pokonując siedem stref czasowych i jedną trzecią półkuli północnej. Wagon się trzęsie i mruczy.
Ostoja pierwotnej niewinności
To już ostatni raz, kiedy przyszłość zdaje się kształtna i pełna, bo żyje w prostocie map. Wiem, że wystarczy drobiazg, żeby ją zmienić - awaria transportu, interwencja milicji, szykany mafii. Przez chwilę jednak oko napawa się obrazem gór, spinających południe łańcuchem długości pięciu tysięcy kilometrów, po czym wodzi wzdłuż trzech z największych rzek świata - Obu, Jeniseju i Leny - które spływają od granic Mongolii do Oceanu Arktycznego. Dorzecze każdej z nich jest większe niż Europa Zachodnia. Dalej mamy Bajkał, najgłębsze i najstarsze jezioro na świecie; graniczącą z Chinami rzekę Amur; śnieżne pola na Kołymie, gdzie temperatura spada do bezsensownego poziomu minus siedemdziesięciu stopni...Te cuda natury suną w uwodzicielskim i niebezpiecznym pochodzie aż do Oceanu Spokojnego - i nagle odległości stają się rozpaczliwe, a ja myślę, gdzie będę musiał się zatrzymać.
Bo to jest rosyjskie Gdzie Indziej. Zanim jeszcze komunizm umiejscowił przyszłość w miejskim raju, Syberia była wiejskim odludziem, dokąd zsyłano bakcyle trawiące ciało państwa:
przestępców, sekciarzy, dysydentów. A jednak, paradoksalnie, z biegiem stuleci zaczęła uchodzić za ostoję pierwotnej niewinności i zbawienia, a chłopi szukali tam wejścia do Biełowodia,
swojej ziemi obiecanej. Czasem więc krytyka syberyjskiego barbarzyństwa obracała się w pochwałę tutejszej wolności, a w mieszkańcach Syberii sławiono obdarzonych nadludzką siłą pionierów, nieskażonych zgnilizną zepsutej do cna Europy.
Największe państwo świata
Teraz, gdy Moskwa ulega zachodniej zarazie, Syberia zmienia się w biegun czystości i najprawdziwszej "rosyjskości". Słyszałem plotki, że może się całkiem odłączyć od zachodniej Rosji albo rozpaść na kilka niezależnych prowincji. Byłem ciekaw, cóż takiego zastąpiło zachwianą wiarę komunistyczną. W dolnej części mojej mapy Kolej Transsyberyjska zwisa jak hamak - tulący wewnątrz coś mdłego i nieistotnego. Być może źródłem mojego niepokoju jest ślimacze tempo pociągu, który porusza się z niezmienną prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Bo statystyki regionu gapią mi się teraz prosto w twarz, promieniują spod samych stóp. Wszystko się zdaje niedosiężnie odległe.Gdyby nawet Syberia odłączyła się od Rosji, i tak byłaby zdecydowanie największym państwem świata. Z powierzchnią blisko trzynastu milionów kilometrów kwadratowych jest większa niż Stany Zjednoczone z Alaską i Europa Zachodnia razem wzięte. Kiedy słońce wschodzi nad Uralem, zachodzi nad Morzem Beringa. Mam obawy, że moja podróż w niej zniknie.
Podróży w głąb Rosji
Jekaterynburg jest piękny i spokojny, a przez to perwersyjnie szokujący. Powaga, aczkolwiek oszczędna, przenika miasto na wskroś. Tymczasem Jekaterynburg - założony w 1723 roku przez Piotra Wielkiego jako ośrodek górniczy i nazwany od imienia rozpustnej służącej, którą mianował carycą - kryje zbyt gwałtowne wspomnienia, by się czuć w nim beztrosko. W 1918 roku w jednej z tutejszych piwnic zamordowano ostatniego cara z rodziną. Podczas drugiej wojny światowej, w odruchu oporu przeciwko Niemcom, zmontowano w mieście setki fabryk rozebranych w zachodniej części Rosji. Zakłady zbrojeniowe i produkujące broń biologiczną kwitły (i przeciekały) aż do wyczerpania tuż przed upadkiem Związku Radzieckiego.Spacerowałem po mieście z obawą. Minęło siedemnaście lat od mojej podróży w głąb Rosji (na Syberii jeszcze nie byłem), więc rozglądałem się wokół jak krótkowidz, czekając na powrót zapamiętanych obrazów. Było bardzo cicho. Aleje otwierały się w miękkim blasku pełni lata. Wzdłuż nich stały budowle publiczne, otynkowane na płowo i biało, jak w Petersburgu; węgierskie przegubowce wędrowały między jednym a drugim skrzyżowaniem. Zakręciło mi się w głowie. Wciąż czekałem, aż coś się wydarzy.
Nikt na mnie nie patrzył
Nie mogłem się wyzbyć zadawnionego niepokoju, wręcz poczucia winy. Wiedziałem, że pochodzi z innej epoki, z czasów Breżniewa, gdy KGB deptało mi po piętach w zachodniej części Związku Radzieckiego. Miałem wrażenie, że moje kroki brzmią lekko i bezbronnie. Teraz jednak nic ich nie zakłócało, nikt nie podążał moim śladem. Ludzie wyszli z psami na spacer - była niedziela. Para żołnierzy o chłopięcym wyglądzie zamiatała liście sprzed koszar, dorożki ciągnione przez konie okryte kropierzami turlały się w obie strony jak w XIX wieku. Tłumy na Prospekcie Lenina - głównej ulicy miasta - sprawiały senne, anonimowe wrażenie: jasnoocy mężczyźni w dresach lub dżinsach, kobiety w luźnych sukienkach. Nikt na mnie nie patrzył. Poczułem się, jakbym znikł pod membraną miasta, ubrany równie podle i niedbale jak wszyscy - w czarne spodnie i szarą koszulę - z głową przystrzyżoną na proletariackiego jeża i plecakiem, który nie rzucał się w oczy wśród tylu toreb wojskowych. Po rosyjsku mówiłem kiepsko i miałem nadzieję, że wezmą mnie za Estończyka.W centrum zmieniono połowę nazw ulic. Odeszli dawni ulubieńcy bolszewików - Łunaczarski, Kujbyszew, Róża Luksemburg; ich miejsce zajęli poeci, pisarze lub całkiem banalne pojęcia, jak Trakt Syberyjski. Ilekroć jednak spytałem o drogę, na usta przechodniów pchały się stare, komunistyczne nazwy. Na wysepce pośrodku Prospektu Lenina zachował się pomnik Jakowa Swierdłowa, który zorganizował mord cara i na którego cześć miasto przez siedemdziesiąt lat nazywało się Swierdłowsk. Szczupły i młody, stoi na sztucznej skale. Wygląda, jakby targnął nim poryw gniewu.
Nogi smukłe jak wierzbowe gałązki
Kiedyś posąg sławił potęgę namiętnej idei; teraz, kiedy jej moc przygasła, zdawał się przedstawiać rozgorączkowanego studenta. Ktoś chlusnął mu po nogach wiadrem szkarłatnej farby, która ściekła po skale. Od czasu do czasu urzekał mnie nagły przypływ koloru lub przebłysk luksusu. Kolor wabił z kiosków ulicznych i targowisk, wszędzie panoszyły się heretyckie niegdyś nazwy: Lancôme, Levis, Procter & Gamble... Mijali mnie ludzie w furażerkach armii amerykańskiej i bejsbolówkach z napisem "Montana" albo "Chicago Bulls". Grupki młodych, ubranych w minispódniczki kobiet o sennych, szeroko rozstawionych oczach stąpały na smukłych jak wierzbowe gałązki nogach, stukając w chodnik butami na platformie. Zastanawiałem się, gdzie byli ich rodzice w czasach Breżniewa. Nic takiego nie zapadło mi w pamięć.Transparenty sławiące partię ustąpiły miejsca reklamom towarzystw ubezpieczeniowych ("partner, na którego możesz liczyć"). Po ulicach jeździły tramwaje przyozdobione hasłami "Pepsi" lub "Zawsze Coca- Cola". Bo to miasto - zagnieżdżone w regionie pełnym bogactw naturalnych - próbowało dotrzymać kroku Nowej Rosji. Jego burmistrz był zapalonym reformatorem. Zwłoki szefów tutejszej mafii, którzy padli ofiarą morderstwa, wracały na swój pogrzeb dopiero po kosztownym zabiegu balsamowania w Moskwie.
Piękna kobieta z tłustym terierem
Zastanawiałem się, czy puste zbiorowe spojrzenie sprzed dwudziestu lat, kiedy przechodnie nie przyznawali się do siebie na ulicy, jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Wspomnienia są złudne i ulotne. Mimo to byłem pewien, że z otaczających mnie twarzy spadła jakaś zasłona. Ludzie byli spokojni, lecz nie sprawiali już wrażenia nieobecnych. Niektórzy się kłócili albo śpiewali. Po innych od razu było widać, że nic nie mają. Siedzieli z głową zwieszoną nad otwartymi dłońmi, nieruchomo, czasem z tabliczką na szyi z wyjaśnieniem przyczyn ich bezdomności, rozpoczynającym się od słów: "Szanowni Państwo...".Przed oczyma wyrósł mi nagle mężczyzna, którego w starym Związku Radzieckim widywałem wszędzie - zaniedbany pijaczyna w średnim wieku. Kiedyś nazwałem go Iwanem. Miał rozmazane oczy i zmarszczki zlane w grymas zwątpienia. Wyglądał wścieklej i bardziej niepotrzebnie, niż go zapamiętałem. Teraz nie miał pracy i bywało, że zaczepiał mnie o pieniądze.Mój dawny niepokój zaczął się jednak ulatniać. Pewnego razu, trochę z nawyku, zatrzymałem się między drzewami w parku, żeby sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Zwróciłem uwagę, że oddech mi przyśpieszył w tej dusznej ciszy. Pięć minut później minęła mnie piękna kobieta z tłustym terierem. A potem już nikt. Doszedłem do wniosku, że przestali się mną interesować. Zajęli się szpiegostwem przemysłowym lub wstąpili do mafii. Albo dołączyli do Iwana.
(...)
Książka Colina Thubrona "Po Syberii" ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne. Patronem medialnym publikacji jest portal INTERIA.PL.
Koniecznie przeczytaj wywiad z jej autorem!
Śródtytuły pochodzą od redakcji portalu INTERIA.PL.











~MM.
Stasiuka. takie powtarzanie, kręcenie w kolo, eksploatowanie pewnych chwytów do ich wytaria, man...
~-_-
dodaj komentarz »wszystkie wątki »