Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Ponad wszelkimi zasadami

Uczeń Indiany Jonesa, Tomka Wilmowskiego i Pana Samochodzika. Będąc szesnastolatkiem odbył swoją pierwszą wyprawę autostopem. Teraz Tomek Michniewicz odkrywa to, co nieodkryte, poszukuje skarbów i uwielbia stan na granicy wyczerpania. Niezależnie jednak od tego, gdzie się znajduje musi mieć do czego wracać. To daje mu power do dalszych działań!

Tomek Michniewicz na wyprawie w Zimbabwe. /fot. tomekmichniewicz.pl
Tomek Michniewicz na wyprawie w Zimbabwe. /fot. tomekmichniewicz.pl /INTERIA.PL

Natalia Powroźnik: - Tomku, zwiedziłeś 37 krajów, poznałeś wielu ciekawych ludzi. Powiedz, czego się od nich nauczyłeś?

Tomasz Michniewicz: - Zadziwiające jest to, że ludzie na całym świecie są generalnie tacy sami, choć wydaje się nam inaczej. Rzeczywiście na wierzchu to wszystko jest inne. Mieszkają daleko, mówią innymi językami, mają inny kolor skóry, natomiast takie podstawowe rzeczy typu otwartość, dobroć, ciepło, ciekawość świata jest wszędzie taka sama. My jako Europejczycy również jesteśmy egzotyczni dla ludzi, których spotykamy w jakimś odległym miejscu, tak samo jak oni dla nas.

- Podróżuję właśnie dlatego, aby się uczyć. Myślę, że na to pytanie mógłbym odpowiadać przez dwa tygodnie (śmiech) ponieważ nauczyłem się bardzo wielu rzeczy. One natomiast składają się na taką wielką rzecz - moją drogę życiową. Ta, którą wybrałem, jest jedną z wielu, jakie mogłem wybrać. To, co nam rodzice "wdrukowują": że musisz mieć pracę od 9 do 17, etat, kredyt, żonę, dzieci, ustabilizowane życie, to tylko jedna z metod, jakie możesz wybrać.

- Poznałem niedawno dziewczynę w Malezji, która wyjechała z Nowej Zelandii mając pieniądze tylko na trzy tygodnie. Mieszka sobie teraz na tropikalnej wyspie, pracuje dwa dni w tygodniu, całą resztę czasu opala się pod palmą, czyta książki, rozmawia z ludźmi. Tak też można żyć. To kwestia otwartej głowy. W dzisiejszych czasach Internetu i globalnej wioski życie można prowadzić na wiele sposobów i to jest chyba największa nauka jaką wyniosłem z podróży.

Jak w dzisiejszych czasach poszukujemy skarbów?

- Jak poszukujemy? Hardcorowo! Jest kilka metod. Po pierwsze są to duże firmy, korporacje, niektóre z nich są notowane na giełdzie i ich budżety sięgają np. 20 mln dolarów rocznie. Przeznaczają je na sprzęt, mnóstwo nurków, historyków, filologów. To taki profesjonalny team, który odpowiada za research i dokumentację, a później za przeprowadzenie całej operacji.

- Są jednak trochę mniejsi gracze np. freelancerzy, zwłaszcza na pustyniach czy tropikalnych wyspach, którzy działają poza prawem, na własną rękę. Mają mapę znalezioną w antykwariacie, połączyli kropki i doszli do tego, gdzie leży skarb i jak go należy szukać. Takich jak oni jest naprawdę wielu. Mają ogromną konkurencję wewnętrzną. Strzelają do siebie, porywają się, oszukują, kradną, sprzedają policji. Jest to bardzo cichociemne.

- Trzecia metoda oparta jest trochę na fantastyce. Są to ludzie, którym wydaje się, że wystarczy mieć pieniądze żeby znaleźć skarby, że sama wola i chęć wystarczy. Na Florydzie można zobaczyć przynajmniej dziesięciu, którzy przyjeżdżają, kupują łódkę, albo ją wynajmują, wyposażają ją w sonary boczne i magnetometry i pływają licząc na to, że znajdą jakiś galeon - ale oni nie mają szans!

Czy te skarby naprawdę można znaleźć?

- Jasne! Miałem okazję trzymać w ręku złoto z XVII wieku z galeonu, który zatonął na skutek huraganu w 1622 roku. To była część największego skarbu jaki kiedykolwiek znaleziono. Jego połowa była warta 500 mln dolarów, a teraz ta sama ekipa szuka drugiej połowy rufy. Ten skarb jest wyceniany na 700 mln - 1mld dolarów. Brałem udział w tych poszukiwaniach i trzymałem w rękach rzeczy - zarówno te, które znaleźliśmy w trakcie poszukiwania jak i te, które wcześniej wydobywali. Skarby mają bardzo różną postać. Nie zawsze jest tak, że są to puchary, sztabki, łańcuchy czy krucyfiksy. Czasami są to worki pełne złotego pyłu, które ważą po 300 kilogramów, a czasami są to figurki Jezusa czy sztaby zamurowane w glinie, w ścianach.

W jaki sposób odnalazłeś poszukiwaczy skarbów?

- Pierwszy raz trafiłem na poszukiwaczy skarbów w Indonezji. Znaleźli tam jakiś wrak. Podejrzewam, że była to fregata albo karawela i popłynęli to eksplorować. Zobaczyłem pierwszy raz w życiu coś, o czym myślałem, że w ogóle nie istnieje. A oni zajmują się wydobywaniem na co dzień i robią to zawodowo. Wsiąkłem w ten świat tak błyskawicznie, że przez następne dwa lata nie byłem w stanie się z niego wydostać. Dopiero po wydaniu książki trochę ochłonąłem, aczkolwiek ostatnio dzwonił do mnie jeden z moich znajomych poszukiwaczy i już w marcu planuję podróż do Meksyku, bo znaleźli wejście do kolejnej kopalni. Muszą tylko do tego czasu dezaktywować pułapki, które tam czekają na osobę wchodzącą bez przygotowania.

Czym jest tytułowa "Gorączka"?

- To jest nałóg, obsesja... To jest stan, w którym funkcjonują praktycznie wszyscy poszukiwacze, z którymi rozmawiałem i pracowałem kiedykolwiek. Oni nie potrafią robić nic innego. Tracą rodziny, tracą żony, tracą fortuny, sprzedają domy, następnie te pieniądze wydają na poszukiwania i nigdy nic nie znajdują, a mimo to nie są w stanie przestać. Nawet jeśli niczego nie znajdują, to mają wiarę, że może jutro uda się coś znaleźć.

Kiedy odbyłeś swoją pierwszą podróż autostopem?

- Kiedy miałem 16 lat - jeśli to możesz nazwać podróżą. Dla mnie to była wielka wyprawa! Przejechałem z Warszawy do Szczecina i z powrotem. Spaliśmy na plażach, jeździliśmy stopem. Dużo się wtedy nauczyłem. To był pierwszy moment kiedy nie było mamy i taty, którzy o mnie dbali, wyruszyłem z plecakiem i ze wszystkim musiałem radzić sobie sam.

Powiedz mi jeszcze Tomku, jak spędzasz święta Bożego Narodzenia? Czy to również okres, w którym szukasz mocnych wrażeń?

- Absolutnie nie. Dla mnie to jest święto bardzo rodzinne. Bardziej rodzinne niż religijne, ponieważ nie jestem związany z żadną religią na świecie. Nie podpisałbym się pod żadną, gdyż za wiele ich poznałem i widzę, że one są bardzo podobne do siebie. Dlatego, choć jestem głęboko duchowym człowiekiem, nie jestem religijny. To święto nie ma dla mnie symboliki chrześcijańskiej. To święto rodzinne, pełne ciepła i nastroju oraz przemyśleń, które mi towarzyszą. W podróżach najważniejsze jest to, żeby mieć do czego wracać, więc to jest ten moment, do którego wracam. Gdy jestem gdzieś na pustyni, to myślę sobie o świętach w domu i od razu robi mi się cieplej.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Natalia Powroźnik

źródło informacji: INTERIA.PL

Więcej o:
podróżnik,
podróże

Dodatki

Warto zobaczyć

temp: 1/5 °C ciśnienie: 1000 hPa, spada

  • JUTRO 3/8 °C
  • POJUTRZE 3/7 °C
  • więcej »


Informacje dodatkowe