- Myślisz, że dam radę? - pytałam po raz setny Ryśka.
- Gdybym tak nie myślał, to bym cię nie namawiał - odpowiadał po raz setny z anielską cierpliwością.
Pozostało więc... spróbować.
Santiago
W sobotni, styczniowy poranek wylądowaliśmy w Santiago. Od początku byłam zachwycona: gorąco, słonecznie, miła odmiana od ponurej polskiej zimy. Niecałe 2 dni to zdecydowanie za mało na poznanie miasta, jednak zupełnie nie było mi żal, że już następnego dnia opuściliśmy Santiago i udaliśmy się do Mendozy, najbogatszej prowincji chilijskiej, słynącej z doskonałych win i wydobywanej ropy naftowej.
Mendoza
Obowiązkowy etap podróży dla wszystkich, których celem jest Aconcagua.
Papierkologia zajęła pół dnia, po południu jako szczęśliwi posiadacze pozwoleń relaksowaliśmy się przy obrzydliwych, tłustych stekach (koledzy mieli inne zdanie) i o niebo lepszym winie( tu mieliśmy zbieżne poglądy). We wtorek, po zakupach żywnościowych, wyruszyliśmy busem w kierunku Puente del Inca.
Puente del Inca (2700 m)
Tutaj atmosfera była zdecydowanie bardziej górska. Zrobiliśmy jedno wyjście aklimatyzacyjne na okoliczny szczyt o bliżej nieokreślonej nazwie, stąd po raz pierwszy udało nam się zobaczyć cel naszej wyprawy, ośnieżoną Ankę.
Na drugi dzień nastąpiło wielkie przepakowywanie, co okazało się zadaniem niełatwym, bo część rzeczy zostawała, część jechała prosto do bazy, a niezbędną część na najbliższe 2 dni trzeba było ze sobą zabrać. Zagadkowym sposobem dużo rzeczy zostawiłam w depozycie w Puente del Inca. Torba jadąca do bazy była całkowicie wypchana a plecak podręczny zdecydowanie za ciężki... Kilka minut jazdy busikiem i znaleźliśmy się u wylotu doliny Horcones, skąd wreszcie rozpoczynała się prawdziwa przygoda.
Confluencia (3.350 m)
Po 2 godzinach niezbyt forsownego marszu doszliśmy do Confluencji, gdzie zamierzaliśmy spędzić 2 noce. Następnego dnia czekał nas kilkugodzinny marsz do Plaza Francia położonej na wys. 4300 m. Południowa ściana Aconcagua prezentowała się wspaniale i groźnie. Dodatkową zaletą była stopniowa aklimatyzacja, bo już nazajutrz mieliśmy się przenieść do bazy Plaza de Mulas, położonej na tej samej wysokości.
Plaza de Mulas (4300 m)
Na pierwszy rzut oka życie w bazie wygląda jak wakacje na polu namiotowym: spokój, odpoczynek i lenistwo. W rzeczywistości wysokość dawała już o sobie znać, nawet krótki spacerek z namiotu do blaszaka zwanego "bańo" powodował zadyszkę. Pierwsze wyjście do Nido de Condores okazało się mniej męczące niż myślałam, obserwując drogę biegnącą zakosami pod górę.
- Jutro będzie jeszcze lepiej, pójdziecie co najmniej godzinę krócej - przekonywał Rysiek.

Patagonia - Agencja Górska
Niestety, wbrew zapewnieniom na drugi dzień nie szłam krócej, przeciwnie, droga wydłużyła się o dobre pół godziny. Za trzecim razem, po dniu odpoczynku, czas podejścia nieco się poprawił. Wreszcie mieliśmy zostać w Nido na nocowanie.
Nido de Condores (5.350 m)
Wygody skończyły się na dobre, nie było bufetu, toalety, internetu, ujęcia wody. Pierwszą noc miałam prawie kompletnie nieprzespaną, opakowana we wszystkie puchowe rzeczy czekałam, aż wzejdzie słońce i opuszczenie namiotu nie będzie tak bardzo nieprzyjemne.
Tego dnia zaplanowane było założenie obozu w Colerze, część ekipy miała tam przenocować i następnego dnia atakować szczyt. Plany pokrzyżowała nam trochę pogoda, zaczął padać gęsty śnieg i zamiast w Colerze założyliśmy obóz w Berlinie, około 50 metrów niżej. Druga noc w Nido okazała się tylko odrobinę lepsza od pierwszej.
Berlin (5850 m)
Do Berlina dotarliśmy późnym popołudniem. Właściwie czas upływał głównie na czekaniu, aż zagotuje się woda, aż wrócą koledzy, którzy tego dnia zdobyli szczyt, aż uda się w końcu zasnąć, aż przyjdzie ranek i będzie można wyruszyć w kierunku szczytu...
Szczyt (6962 m)
Przed czwartą obudził mnie wiatr szamoczący namiotem. Leżałam i myślałam o tym, że dziś jest ten najważniejszy dzień wyprawy, na który tyle czekałam, zastanawiałam się jednocześnie czy nie wieje za bardzo, czy dam radę...
O szóstej byłam gotowa do wyjścia. No, prawie gotowa, bo kiedy wyszłam z namiotu i zaczęłam zakładać raki, po chwili okazało się, że lewy rak jest na prawym bucie, a pasek poprzekładany według bardzo pokrętnej logiki. Zadanie mnie przerosło. Stres? Wysokość rzuciła mi się na głowę?
- Rysieeek, pomożesz mi, hmm... z rakami?
Z namiotu wysunęły się ręce i zawiązały wszystko jak trzeba. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi tak wstyd... Zgodnie ze wskazówkami ruszyłam do góry między skałami. Prawie nie było widać ścieżki zasypanej świeżym śniegiem. Było jeszcze ciemno, wiatr unosił z ziemi śnieg i wciskał w każdą szczelinę w ubraniu. Miejscami zapadałam się po kolana w zaspy, potem znowu trafiałam na fragment ścieżki, za chwilę ponownie szłam zupełnie "na czuja".
Po jakimś czasie teren wypłaszczył się i znalazłam się w zupełnie innym świecie. Powoli wstawało słońce, wiatr nieco zelżał a moim oczom ukazała się droga prowadząca z Colera, a na niej wąż ludzi poruszających się jakby w zwolnionym tempie. Po krótkiej rozmowie łamaną mieszanką angielskiego i hiszpańskiego ruszyłam za grupą Argentyńczyków. Po około 3 godzinach dogonił mnie Rysiek, który w tym czasie gotował dodatkowe ilości herbaty potrzebnej na drogę. To już zupełnie dodało mi otuchy!Szło się całkiem dobrze. Pierwszy większy kryzys nastąpił w okolicach Independencji, a to nie była nawet połowa drogi... Na długim trawersie prowadzącym pod Canaletę kilka razy rozważałam odwrót, na co Rysiek odpowiadał:
- Jeżeli nie czujesz się na siłach to wracamy, spróbujesz jutro.
Paradoksalnie, działało to na mnie mobilizująco, myślałam; "pogoda piękna, nie wiadomo jak będzie jutro, przeszłam już taki kawał i nie mam ochoty tego powtarzać" i szłam dalej. Odpoczynek pod Canaletą był nieco za krótki, bo Rysiek uparł się, żebym ruszyła przed ekipą argentyńską.
Sił miałam coraz mniej ale czułam się dobrze a bliskość celu działała jak magnes. Człapałam pod górę odliczając kroki i co chwilę spoglądając w stronę szczytu. Niepokoiły mnie nadciągające chmury, obawiałam się, że nie zdążę przez nie obejrzeć widoków... Podejście i trawers ciągnęły się w nieskończoność, wreszcie zobaczyłam niedaleko przed sobą Ryśka machającego usłyszałam:
- Idź pierwsza, to jeszcze tylko kilka minut.
" k... jakie kilka minut, to jeszcze nie koniec?!?" pomyślałam i ruszyłam przodem. Ostatnie pięć kroków, podniosłam głowę i zobaczyłam kopczyk z flag przywiązanych do krzyża. W tym momencie wszystko przestało być ważne: zmęczenie, niewyspanie, chmury, śnieg, który właśnie zaczął padać,a nawet brak widoków. Liczyło się tylko to, że tu jestem . Uśmiech od ucha do ucha był tylko małym kawałkiem ogromnej radości. Byłam naprawdę szczęśliwa!

Patagonia - Agencja Górska
Zdjęcia, gratulacje i... chwile spełnienia. Udało się!!!
- Dobra, schodzimy, bo pogoda się psuje - słowa Ryśka sprawiły, że wróciłam nieco do rzeczywistości. No tak, przypomniały mi się wszystkie historie, że wejście na szczyt to jedno, ale droga w dół może okazać się o wiele trudniejsza... Tu miłe zaskoczenie, po 2 godzinach niezbyt uciążliwego marszu byliśmy spowrotem w Berlinie, pomimo tego że pogoda kompletnie załamała się i schodziliśmy w gęsto padającym śniegu i małej widoczności.
Baza Plaza de Mulas
Po nocy w Berlinie zwinęliśmy obóz i zeszliśmy do Nido de Condores. Tam znowu pakowanie, porządkowanie i w dół do bazy. Emocje powoli odpuszczały, mięśnie dawały o sobie znać. Nie mogłam uwierzyć, że ostatni raz pokonuję tę trasę... Pod wieczór dotarliśmy do Plaza de Mulas, które teraz wydawało mi się zupełnie innym, przytulnym i ciepłym miejscem.
Byłam zaskoczona, że drogę z namiotu do messy, czy bańo mogę przebyć biegiem, prawie bez zadyszki. Następny dzień był przeznaczony na kąpiel i przygotowanie bazy na przyjęcie kolejnej ekipy. Pozostało przebrnąć dolinę Horcones i spowrotem byliśmy w Puente del Inca.
Valparaiso
Pozostałe 3 dni do powrotu, postanowiliśmy wykorzystać na odpoczynek nad wodą w miejscowościach Valparaiso i Vina del Mar, oddalonych niecałe 2 godziny jazdy autobusem od Santiago. Słońce, plaża, ocean, wreszcie, "normalne" wakacje. Jednak po ostatnich dniach spędzonych w surowym otoczeniu gór czułam, że czegoś mi tu brakuje i... że to zupełnie nie moja bajka...
Asia Ślusarska











~Teja13
~piotr
~erf
nie lata 80 te gdy wyprawy w gory byly fajne_
~Havia avi vi:)
~Funky Koval
aprowizacją , logistyką i ogólnie radosna twórczość zakochanego w sobie "lidera" :)
~fog
~DarioGie
prowincja chilijska, tylko argentyńska :-)
~AA
i samozaparcia trzeba włożyc, aby dotrzec do celu.Koś kto nigdy nie łazikował po górach nigdy te...
~Czytelnik
~Tomek
Ankę w przyszłym roku, muszę nieco funduszy jeszcze uzbierać.
~OBSERWATOR
Skarbowego,że tak dopytujesz się ile ta wyprawa kosztowała i skąd wzięli pieniążki ?
Jest to typ...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »