
Ta pierwsza, oryginalna kolejka od maja jest już historią, żywą w pamięci zakopiańczyków. Wpisała się w życiorysy, wydarzenia, które stają się legendą. 83-letni Józef Uznański, zakopiańczyk z pokoleń, historia tatrzańskiego ratownictwa, przewodnik tatrzański i znakomity narciarz ma do niej szczególny sentyment. Skok z kolejki podczas wojny uratował mu życie.
Kolejka dla Polaków tylko o małych stopach
Ku żalowi wielu, kolej na Kasprowy Wierch po modernizacji niczym nie przypomina tej dawnej, która przez 71 lat przewiozła około 40 milionów osób. Mieściła nawet po 30 narciarzy i miłośników Tatr w każdym wagoniku. - Była 12 lat młodsza ode mnie, prawie co do dnia - uśmiecha się Józef Uznański. Mówi o niej niemal z czułością, jak o kimś bliskim. Jego osobiste losy wielokrotnie się z nią splatały: być może uratował dzięki niej życie podczas wojny. Tu w Kuźnicach, u stóp Nosala w pobliżu dolnej stacji pan Józef się urodził, bliscy od pokoleń związani są z Zakopanem. - Od początku jestem w jej sąsiedztwie, kolejka towarzyszyła mi od młodych lat - mówi. Choć stare, srebrne wagoniki 71-latki nie były zbyt zgrabne, zakopiańczyk żegnał je ze wzruszeniem. - Odeszła jakaś epoka - uśmiecha się Uznański, jeden z pierwszych tatrzańskich ratowników, przewodnik, wyśmienity narciarz.
Kolejka linowa na Kasprowy Wierch ma swoje tajemnice, niektóre odkrywane po latach. Jedną z nich jest ucieczka Józefa Uznańskiego przed niemieckimi żołnierzami w1944 roku. Skoczył podczas przejazdu kolejki z wysokości kilku metrów z wagonika wprost w żleb, z przypiętymi nartami. Udało mu się zniknąć na stoku, szybko zjechać w bezpieczne miejsce. Miał wówczas 20 lat, od 1942 roku służył w konspiracyjnym Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej, walczącej w górach. Pan Józef daje się namówić na to wspomnienie. - Moja partyzantka to pluton Pazura, por. Winnickiego pod dowództwem kpt. Juliana Zapały Lamparta, IV Batalion I Pułku Strzelców Podhalańskich -.Miejscowi narciarze, przewodnicy, którzy dobrze znali teren byli nieocenieni w przekazywaniu informacji czy przerzutach broni i ludzi przez granicę na Słowację i dalej, na Węgry. - Szedłem wtedy na Słowację, chciałem skorzystać z kolejki. Nieprawda, że kolejka była "nur fur Deutsch" - tylko dla Niemców, wszyscy mogli jeździć, ale narty nie mogły być dłuższe niż 180 cm, buty narciarskie musiały być tylko do 41 rozmiaru. Takie Niemcy wówczas stosowali ograniczenia. Polacy jednak zawsze sobie poradzą, to i w za ciasnych się jeździło, choć uwierały, a narty się obcinało.
Skok życia
Na Kasprowym Wierchu Niemcy ściśle kontrolowali dokumenty i karty pracy - wspomina pan Józef . Peron kolejki wyglądał tak samo, jak dziś, wejście takie samo, hol. - Kasy były inaczej rozmieszczone, na wprost. Zobaczyłem tam jednego Polaka, który był na usługach gestapo, znał mnie, a byłem już na liście poszukiwanych. Nie mogłem się wycofać, nie wiedziałem, ilu ich tam jest. Od czasu do czasu Niemcy robili takie obławy.
Nie czekali specjalnie na mnie, ja byłem za małym pionkiem, ale przy okazji mogłem wpaść. Postanowiłem jechać do Myślenickich Turni, czyli do pierwszej stacji i tam pójść swoja drogą. Znajomy konduktor mnie ostrzegł, że na stacji przy wyjściu są Niemcy - opowiada emerytowany ratownik górski. Choć podróż w rzeczywistości trwała bardzo krótko, dla młodego chłopaka była wtedy wiecznością. - Był duży opad świeżego śniegu, to był koniec lutego. Szczęściem, jechaliśmy wagonikiem na prawej linie. Konduktor mi podpowiedział, że kilkanaście metrów przed peronem wagonika nie widać ze stacji, bo narożnik budynku z tej strony go zasłania. To była jedyna szansa ucieczki. Jechało tylko kilkanaście osób, normalnie narty w starych wagonikach zostawiało się w koszu na zewnątrz, ale było nas dwóch narciarzy, mogliśmy je mieć w środku. Położyłem narty koło drzwi, udawałem, że coś poprawiam w zapięciach, schyliłem się i zapiąłem wiązania. Konduktor otworzył prawe drzwi, takie harmonijkowe dawniej były, no i skoczyłem. Ktoś chyba krzyknął, próbował mnie złapać za kołnierz - przypomina sobie pan Uznański. Szybko, trochę nerwowo, jak dziś ocenia, zjechał 30-40 centymetrową pokrywą śnieżną. Dobrze znał zjazd tym żlebem, jako członek przedwojennej polskiej kadry narciarskiej trenował przed mistrzostwami FIS - Międzynarodowej Federacji Narciarskiej w 1939, które odbyły się w Zakopanem (nie wystartował, mimo świetnych wyników, bo uznano, że jest za młody).
Bohater tego niecodziennego wydarzenia po latach słyszał, że ponoć ktoś do niego strzelał. - Nie wierzę, to niemożliwe, Niemcy mnie nie widzieli, a zanim kolejka dojechała do stacji, ja już byłem na dole. Nikomu o tym nie opowiadałem. Może ratownicy TOPR, którzy wówczas dbali o bezpieczeństwo turystów, może konduktor kiedyś o tym opowiedzieli - zastanawia się pan Józef nieco zakłopotany. Jedyny syn, Wojciech, również jak ojciec i dziadkowie świetny narciarz, też oddał swój skok z kolejki na Kasprowy Wierch. - Był wtedy w liceum, telewizja chciała odtworzyć mój skok, syn zdecydował się zagrać ojca. Trzy kamery czekały, ale tylko jedna to sfilmowała. Nie zdecydował się na powtórkę, na kolejny skok. To jednak jest przeżycie - wzrusza się szczupły, drobny 83-latek.
Cygan z Ujkiem w TOPR
Starsi mieszkańcy Zakopanego wiedzą, że tych ucieczek pan Józef Uznański ma w swoim barwnym życiorysie więcej. Nie tylko ucieczki przed Niemcami były konieczne, również po zakończeniu wojny - przed radzieckim NKWD. Kiedy w kwietniu 1945 jego i kolegów zatrzymało NKWD, znaleźli się na Słowacji w miejscu odosobnienia dla "międzynarodowego towarzystwa" w Trscinie, by stamtąd posłać ich najprawdopodobniej na Syberię, Uznański znowu uciekł. I tak kilka razy. Wpadł w Nowym Targu, trafił do UB przy Placu Inwalidów w Krakowie. Przy pomocy z zewnątrz udało się z dawnych fortów uciec: ryzykownym skokiem z murów, biegiem przez dawną fosę, pod nosem wartowników on i trzech kolegów uciekło, by zniknąć podstawionym samochodem. To uciekanie, ukrywanie się tak zmęczyło Uznańskiego, że po 9 latach oddał się w ręce prokuratury wojskowej w Zielonej Górze. Po niedługim czasie zwolniono go, wrócił do ukochanego Zakopanego, by zaczynać życie u stóp Tatr od początku. - Co prawda miałem już 30 lat na karku, ale pamiętano moje wyniki w narciarstwie, mogłem wrócić do sportu - mówi pan Józef. Puchary, medale, dyplomy, choć pochowane skromnie w szafkach, potwierdzają świetne umiejętności narciarza, nawet jako 61-latek zwyciężał w zawodach ratowników górskich.
- Byłem przewodnikiem po Tatrach, związywałem się też powoli z TOPR, gdzie przepracowałem ponad dwadzieścia lat - objaśnia swoje powojenne losy Józef Uznański.
Pierwszym słynnym psem lawinowym w Tatrach był Cygan. To on jako pierwszy ratownik tatrzański wprowadził psa-ratownika do TOPR-u w 1962. Cygan, owczarek niemiecki był szkolony w Sanoku przez dr weterynarii Gutowską. Józef Uznański, na którego mówiono "Ujek", brał udział w wielu akcjach ratowniczych, jako drobnej postury osoba często dźwigał ofiary wypadków o kilkadziesiąt kilogramów cięższe. - Nie ludzie byli ciężarem. Ciężko było, kiedy nie udało się pomóc. Przychodziło zwątpienie - mówi. "Ujek" jest też jednym z pionierów ratownictwa górskiego z powietrza, przy użyciu śmigłowców.
Kuźnice znowu ożywają
Niezmiennie od lat, mieszka bardzo skromnie w stylowym domu, gdzie przyszedł na świat, budowanym przez przodków. Lubi przysiąść na drewnianej werandzie, u stóp Nosala, popatrzeć na drogę do Kuźnic, gdzie przez kilka ostatnich miesięcy było cicho, turyści nie mieli po co tu zaglądać. Droga do dolnej stacji kolejki linowej na Kasprowy Wierch znowu się ożywiła, nowa kolejka punktualnie ruszyła. Czynna zimą od 8 do 16, bilety można kupić do 14 godziny. Józef Uznański chętnie wspomina też budowę kolejki w 1936 roku, kiedy był dzieckiem. Tak jak on wtedy, dziś wnuczka Natalia, i dwaj starsi wnukowie, Kamil i Mateusz, spoglądają na Nosal i Kasprowy. Tylko za płotem mieszka kto inny.
Kiedy w 1935 roku budowa kolejki Na Kasprowy Wierch ruszyła, w domu obok zamieszkał jeden z głównych inżynierów, budowniczych kolejki, Austriak. Miał syna, równolatka Józefa. - Dogadywaliśmy się, ja po polsku, on po niemiecku, nie przeszkadzały nam różnice językowe. Dziś nie pamiętam niestety jego imienia, ale pamiętam doskonale pierwszą podróż kolejką na Kasprowy! Zanim pierwsi pasażerowie zostali wpuszczeni na pokład wagonika, dzięki jego ojcu my już odbyliśmy podróż na szczyt. To było przeżycie dla 12-latka. Tamte stare wagony zasłużyły na emeryturę, czas na srebrne wagoniki nowej generacji - zamyśla się Józef Uznański z Zakopanego, zaglądając na ulicę znowu pełną turystów stęsknionych za Kasprowym.
Beata Dżon
Sprawdź: Buty damskie, Buty dla dzieci, Buty sportowe









~jww
skokiem jakiegoś faceta z wagonika ale bez nart i na świerka. To jest prawdziwa telewizja. A sam...
~góral
Wielka prawda. Ś.P. Pan Józef Uznański w dniu dzisiejszym odszedł. Wraz z Nim wielka legenda. Je...
~!
~agnieszka uznanska
to nie jest bajka!
~przewodnik tatrz...
Skok z wagonika kolejki Uznańskiego, to bajka dla potrzeby turystów, a wywiad ten nie jest autory...
~:?
~ksiądz
grale to najgorsza chołota i pijaki a sprubuj ich poprosić o coś to co mi sie zdarzyło stawia ic...
~tez bym chciała
nawet jeżeli jest w tym opowiadaniu troche mitu to i tak robi wrażenie.Zawsze jak czytam tego typ...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »