To właśnie w tej scenerii na początku XX wieku rozegrał się burzliwy romans pary freudystów: Carla Gustava Junga i Sabiny Spielrein. Historię stawiającego pierwsze kroki w zawodzie psychoanalityka oraz jego ówczesnej pacjentki, pięknej rosyjskiej emigrantki, przypomniał ostatnio David Cronenberg.
Jego film "Niebezpieczna metoda" nie tylko opowiada o początkach psychoanalizy, ale też fantastycznie oddaje klimat przełomu wieków. Ukazuje narodziny rewolucyjnych idei w kostiumach i scenografii poprzedniej epoki: dusznych wnętrzach, zamkniętych w gorsecie neogotyckich i neorenesansowych budowli. Mnie w Zurychu czeka zetknięcie z zupełnie inną rewolucją: w architekturze.
Wybieram się na spotkanie z nią całkiem tradycyjnie, tramwajem, najpopularniejszym tu środkiem transportu. Tak cichym, że piesi noszący na ulicy słuchawki skarżyli władze miasta o stwarzanie zagrożenia wypadkiem. Z pełnego gwaru eleganckiego centrum miasta tramwaj przenosi mnie w podmiejski pejzaż w estetyce filmu science fiction.
Leutschenbach to całkowicie nowa, choć bardzo skromna dzielnica mieszkaniowa, tyle że z precyzyjnie zrealizowanymi założeniami urbanistycznymi: porządną komunikacją miejską, tanimi w budowie i eksploatacji domami, sklepami i terenami rekreacyjnymi wyglądającymi jak obiekty land artu. Chcę tu obejrzeć słynną szklaną szkołę zaprojektowaną przez Christiana Kereza. Nazwisko tego młodego szwajcarskiego architekta stało się w Polsce znane dzięki jego zwycięstwu w konkursie na projekt Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Propozycja Kereza wzbudziła w Polsce skrajne emocje: od zachwytu międzynarodowego jury nad jego prostotą i funkcjonalnością po gwałtowny sprzeciw wobec rzekomej nijakości. Równie silne protesty, choć z zupełnie innych powodów, wzbudziła w Zurychu jego szklana szkoła. Ustalmy od razu jedno: budynek Kereza to duma i wizytówka Leutschenbach. Kontrowersje dotyczyły... zbyt luksusowego wrażenia, które robi.
"To absurd, szkoła kosztowała niewiele, w dodatku spełnia wszelkie normy oszczędności energii. A że dobrze wygląda, to ma być zarzut?!", denerwuje się Kerez. Zawieszona na stalowych konstrukcjach stosowanych w budowie mostów sprawia wrażenie, jakby unosiła się w powietrzu. Podobna koncepcja zostanie zastosowana w warszawskim muzeum. OK, wygląda to pięknie, ale czy tę technikę da się wykorzystać w domach prywatnych? Zaraz się o tym przekonam.
Wracamy z Christianem Kerezem do centrum Zurychu. Tym razem zatrzymujemy się w willowej dzielnicy nad jeziorem przed zaprojektowanym przez niego miniapartamentowcem.
Znowu budowlana asceza: szkło i beton, które, o dziwo, idealnie odnajdują się w otoczeniu historycznych budynków. Ta sama konsekwencja estetyczna obowiązuje wewnątrz. Meble ograniczone do minimum i... dzieła polskiej sztuki współczesnej: obrazy Wilhelma Sasnala, rzeźba "Rycerz" Pawła Althamera. W sąsiednim apartamencie, należącym do ojca Christiana Kereza, przekonuję się z kolei, jak na tle betonowych ścian i pogardzanego w Polsce lastriko wyglądają antyki.
Okazuje się, że znakomicie, podobnie jak przypominające dziecięce wycinanki litografie Henriego Matisse'a w barokowych ramach. Pomysł łączenia sztuki z różnych epok i stron świata zachwyca mnie zresztą w wielu miejscach Zurychu: we wnętrzach romańskiego prezbiterium Fraumünster z witrażami Marca Chagalla, pod kopułą dziewiętnastowiecznego dworca kolejowego, gdzie czuwa bajecznie kolorowy, poliestrowy "Anioł Stróż" francuskiej rzeźbiarki (a przy tym byłej modelki "Vogue'a") Niki de Saint Phalle.
Kosmopolityzm Zurychu jest obecny na każdym kroku. Mijam grupkę mówiących po rosyjsku dzieci w mundurkach ekskluzywnej prywatnej szkoły, którym nauczycielka przypomina przeszłość miasta. Ciekawe czy opowie im o emigracyjnym zuryskim epizodzie w biografii Włodzimierza Iljicza Lenina, którego bankowego konta do dziś nie zlikwidowano?Jestem na Bahnhofstrasse, odpowiedniku 5th Avenue czy Champs-Élysées, po której chodzi się ponoć nad podziemnymi sejfami. Podoba mi się ta szwajcarska koncepcja luksusu: brak ostentacji w demonstrowaniu majątku, za to komfort życia i miłość do sztuki.
Skręcam w uroczą uliczkę Rennweg, która słynie ze starannie odrestaurowanych średniowiecznych kamieniczek. Dziewięć z nich, należących między innymi do gildii rzeźników, cieśli, krawców i winiarzy przekształcono w luksusowy hotel. W trakcie prac budowlanych odkryto palenisko, kuchenne utensylia i ceramikę z czasów rzymskich. Każdy z domów składających się na Wiedder Hotel zachował własna specyfikę podkreśloną kolorem ścian i wystrojem wnętrz - zachowanymi fragmentami posadzki, freskami, rzeźbionymi detalami drewnianych schodów.
Biorę błyskawiczny prysznic w stylowej łazience z całkowicie XXI-wiecznym telewizorze w lustrze i ruszam w miasto. Komórka wskazuje mi 20 klubów w najbliższej okolicy, a 500 w całym Zurychu liczącym prawie 400 tys. mieszkańców. Umawiam się na kolację w Schiffbau, dawnej stoczni (sic!), która mieści dziś najmodniejszy zuryski teatr i luksusową restaurację. Jemy świeże ryby złowione w jeziorze, popijając doskonałym pinot gris z tegoż regionu i delektujemy się najlepszymi na świecie czekoladowymi truflami (z szampanem!) firmy Teuscher.
Panorama miasta.© Panthermedia
Jesteśmy w niezwykle modnej, postindustrialnej części miasta: Zurich West. W arkadach XIX-wiecznego wiaduktu kolejowego ulokowały się księgarnie, szykowne butiki z odzieżą, wyposażeniem wnętrz, żywnością bio i bardzo trendy. Wokół mnóstwo kolorowych młodych ludzi na rowerach.
Kwintesencją "zielonego" myślenia jest sklep Freitag skonstruowany z 17 zardzewiałych kontenerów w których sprzedaje się torby z recyklingu - uszyte z plandek tirów i opon. Fantastycznie widać go z tarasu pobliskich term zbudowanych w starym browarze, z basenem z podgrzewaną wodą na szczycie. Po prostu nowy, miejski raj...
Agnieszka Różycka
Pani 02/2012











~M
~M
najbogatszy w Europie.
dodaj komentarz »wszystkie wątki »