Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Sahafi (czyli dziennikarz) wśród nomadów

Próbując jednym słowem określić nomadę, trzeba by powiedzieć, że to człowiek wolny. Nic bowiem nie daje takiego poczucia wolności jak bezkres i bezmiar pustyni.

Nomadowie nauczyli się żyć w warunkach, w których wielu nie przetrwałoby nawet doby
Nomadowie nauczyli się żyć w warunkach, w których wielu nie przetrwałoby nawet doby /Globtroter

Ali nie chodził do szkoły. Jego ojciec Messaoud twierdzi, że wiedzę, która naprawdę do życia potrzebna, nomada zdobywa w domu. Messaoud cieszy się w swym plemieniu opinią mądrego człowieka, bo widział w życiu niejedno. Widział wyschnięte studnie i ludzi umierających z pragnienia. Był za górami, w Algierii, widział tam wojnę. Poznał słodki smak bogactwa, gdy jako dwudziestoletni chłopak odziedziczył dwa wielbłądy, ale poznał też gorycz nędzy, gdy wyzdychało mu stado kóz, a do wyżywienia pozostało dziewięcioro dzieci. Nauczył Alego liczyć owce i garbować ich skórę. Pokazał mu jak wyssać jad żmii i zrobić pastę z bylicy, która łagodzi ból po ukąszeniu skorpiona. Wytłumaczył, że kiedy jest gorąco należy się ubrać, a kiedy upał staje się nie do zniesienia najlepiej wypić kubek słodkiej herbaty z mięty. Matka nauczyła Alego wypiekać chleb w popiele, gotować kuskus i wiązać turban na głowie.

A Ali do tego zestawu praktycznych i potrzebnych w życiu umiejętności dorzucił jeszcze dobrą znajomość francuskiego, włoskiego i angielskiego. Uczył się od turystów, którym pokazuje Saharę. Tyle tylko, że języki obce zna wyłącznie w mowie. Z czytaniem i pisaniem ma spore problemy, bo w domu była tylko jedna książka i to po arabsku - Koran. Nie czytał świętej księgi islamu, ale zna to, co najważniejsze: pięć filarów swej wiary.

Koran każe pomagać

Najbardziej utkwił mu w pamięci filar trzeci, ten, który nakazuje pomagać biednym, słabym i tym, którzy pomocy potrzebują. Północnoafrykańscy nomadowie dopiero w XVII w., za sprawą migrujących ludów arabskich, przyjęli islam i dlatego ich religijność nie jest jeszcze tak ugruntowana, jak innych wyznawców Mahometa. Ale może właśnie dzięki temu są ludźmi niezwykle otwartymi i życzliwymi. Kiedy w ich namiocie utkanym z wielbłądziej wełny pojawi się gość, cieszą się jakby odwiedził ich sam Allach.

Nie ufaj drogowskazom

Być może zawdzięczam Alemu życie. Być może, bo trudno przewidzieć, co by się stało gdyby któregoś dnia nie stanął na mojej drodze i gdyby mnie z tej drogi nie zawrócił. Był marzec, trzeci miesiąc mojego pobytu na południu Tunezji. Wydawało mi się, że znam już pustynię i zasady, jakimi trzeba się kierować by tam żyć i przeżyć. Ale wciąż tkwiły we mnie europejskie przyzwyczajenia. Na przykład bezkrytyczna wiara w to, że drogowskaz jest po to, aby wskazywać właściwą drogę.

"Tu u nas, na Saharze jest zupełnie odwrotnie niż w Europie: możesz zaufać człowiekowi, ale nie wolno wierzyć mapie i drogowskazom" - powiedział mi potem Ali .

Wracałem z Matmaty do mojego mieszkania na Djerbie. Mapa i drogowskaz utwierdzały mnie w przekonaniu, że skracam sobie drogę, tymczasem jechałem w głąb pustyni. Bez wody, jedzenia, zapasu paliwa i zasięgu w telefonie. To wtedy właśnie zrozumiałem, o czym pisali Mungo Park, Rene Caillie, Heinrich Barth, wielcy podróżnicy XVIII i XIX w., którzy próbowali dostać się do legendarnego Timbuktu w sercu Sahary. Ta pustynia wciąga cię jak grzęzawisko. Już wiesz, że pomyliłeś drogę lub źle oszacowałeś odległość, wiesz, że nigdzie nie dojedziesz, ale nie masz siły się zatrzymać i zawrócić. Brniesz dalej, ku zagładzie, jak ślepa ćma lecącą ku świecy.

Więcej niż droga do domu

Na szczęście w moim przypadku ten płomień świecy okazał się ogniskiem rozpalonym przez dwóch młodych nomadów. Ali gotował pożywną zupę z ciecierzycy zwaną po arabsku leblebi, a Hatem dorzucał do ognia pęczki suchej trawy. Od trzech dni przemierzali tunezyjskie przedpola Sahary w poszukiwaniu pastwisk. Spędziliśmy razem noc. Rankiem Hatem zaprzągł muła do dwukołowej koritty i powędrował dalej, a Ali wrócił ze mną. Miał mi pokazać właściwą drogę do domu. Okazało się jednak, że pokazał mi znacznie więcej: ginący świat pustynnych koczowników, synów otwartej przestrzeni i bezgranicznych kresów. Ostatnich być może ludzi na ziemi, dla których nie istnieją wizy, paszporty i granice.

Synowie pustyni

Nomadów spotyka się w Azji (Mongolia, Kazachstan, Kirgizja, Tybet) i tutaj, w Afryce. Jeszcze do niedawna przemieszczali się po całym terytorium Sahary: od Mauretanii po Sudan i od Tunezji po Mali. Dziś nie wędrują już tak daleko, ale wciąż jeszcze za nic sobie mają sztuczny, postkolonialny podział Czarnego Lądu. Ich życie jest mozołem, który znoszą ze zdumiewającą pogodą ducha i wytrwałością.

Berberyjskie plemię nomadów, z którego pochodzi Ali nazywa się Es-Sabrija. Nazwa pochodzi od miasta na południu Tunezji, gdzie najczęściej chronią się przed letnimi upałami. Nomadowie z Es-Sabrija znani są z łagodnego usposobienia i z tego, że zawsze unikali przelewu krwi. Nawet wówczas, gdy trzeba było toczyć spór z innymi plemionami o rzecz dla nich najważniejszą: wodę i pastwiska.

Himalaje Sahary

Na pewno są ludzie, dla których Sahara będzie tylko olbrzymim morzem piasku i spalonych słońcem skał. Ale są też i tacy, dla których największa pustynia świata jest tym, czym Himalaje dla alpinisty, a Pacyfik dla żeglarza. Saharę można pokochać i można ją znienawidzić. Można ulec jej magii i potędze, ale można też jej złorzeczyć. Ali przeklina Saharę, kiedy ojciec każe mu się włóczyć po stepie wśród piaszczystych wydm, łach śliskiego żwiru, barchanów i kamienistych usypisk. Nienawidzi wciąż tego samego, rozpalonego i samotnego na bezchmurnym niebie słońca. Narzeka, że nie urodził się w Europie, którą zna z opowieści turystów i kuzynów mieszkających we Francji. Ale kiedy pojedzie do Tunisu lub do Gabes, gdy przespaceruje się już po sklepach i z zachwytem napatrzy na dziewczyny, którym hidżab nie zakrywa twarzy i ramion, to po dwóch dniach chce wracać na pustynię. Sahara tkwi w nim tak, jak góry tkwią w góralu.

Piasek wygodniejszy niż łóżko

Pamiętam, jak kiedyś przyjechał do mnie na Djerbę. Chodziliśmy po barach i dyskotekach nadmorskiego kurortu, zabawialiśmy turystki i piliśmy piwo. Wieczorem przygotowałem mu posłanie na rozkładanym łóżku. Wiercił się w nim do późna w nocy, a potem wyszedł z mieszkania i już nie wrócił.

Rano znalazłem go śpiącego w piasku, który sąsiad zamówił do tynkowania domu. Twierdził, że tam mu jest wygodniej. Zadziwiające jest to, że zarówno nomadowie, jak i mieszkańcy saharyjskich wiosek, którym pustynia, co roku zabiera pola i studnie, zasypuje drzewa i ulice, mówią o Saharze z dumą i uwielbieniem. Zupełnie tak samo jak Szwajcarzy o swych Alpach, a Francuzi o Lazurowym Wybrzeżu. Bezkres pustyni i jej niszczycielska potęga wzbudzają w człowieku podziw, strach i szacunek, podobny do tego, jaki wzbudzają w nas rozszalałe fale oceanu.

Sahafi nie ma problemów

Kiedy Ali dowiedział się, kim jestem, wymusił na mnie, abym za szybą samochodu woził kartkę z napisem sahafi, czyli dziennikarz. - "To pozwoli nam uniknąć wielu problemów." - powiedział.

I rzeczywiście, dzięki tej kartce i kilku fotoreportażom zachwalającym uroki tunezyjskich kurortów, mogliśmy bez problemów podróżować po pustyni. Gdybym był zwykłym turystą, Ali nie mógłby ze mną jeździć. Policja i Gwardia Narodowa sądzą, bowiem, że nomadowie wyciągają od turystów pieniądze, oferując im wątpliwej jakości usługi. Tymczasem, kiedy zepsuł mi się samochód, to Ali wyprosił u mechanika bezpłatną naprawę, obiecując, że odpracuje potem ile trzeba w warsztacie. Tak, tak, trzeci filar islamu. Gdy jakiś wędrowiec zakrzyknie przed namiotem: - "Na Allacha, o wy, którzy zamieszkujecie obozowisko, proszę was o wodę", to dla nomada jest rozkaz do wypełnienia. Bo gość jest wysłannikiem Boga.

Proste pytania

- "Dziś prawdziwych nomadów już nie ma" - mówi Messaoud, nie zdając sobie sprawy, że trawestuje wers piosenki z dalekiego kraju, o którym nigdy nie słyszał. Opowiada jak było dawniej.

Zimą i jesienią plemiona starały się zdobyć jak najwięcej pól uprawnych i pastwisk. Przemieszczały się po całej Saharze, a Sahara to bagatela, pięć milionów kilometrów kwadratowych. Latem, kiedy upał stawał się nie do wytrzymania, nomadowie sprzedawali stada baranów na mięso i przenosili się w pobliże saharyjskich wiosek. Namioty zamieniano na przewiewne szałasy z gałęzi i palmowych liści. Kobiety czesały i przędły wełnę, tkały z niej ubrania, torby i maty. Mężczyźni wylegiwali się w oazach, pili sok palmowy i rozmawiali. Opowiadali o swej włóczędze, ostrzegali się wzajemnie przed Tuaregami - pustynnymi kozakami napadającymi na karawany i snuli plany następnych pasterskich ekspedycji. Dziś coraz częściej widzi się ciężarówki, którymi nomadowie dowożą stada owiec na pastwiska, w szałasach pojawiły się radia, a w saharyjskich wioskach anteny satelitarne. Nie zmienia się tylko pustynia.

Cenny dar wolności

O nomadach mówi się często, że to ludzie prości, niewykształceni i zacofani. Nie wolno jednak zapominać o tym, że stworzyli typ kultury niezwykle cennej, bo praktycznej i że przetrwali tysiące lat w warunkach, w jakich inne ludy nie przeżyłby nawet roku. Trzeba też pamiętać o tym, że są wolni, a tylko prawdziwie mądry człowiek wie, jak smakuje wolność i wie jak cennym jest darem.

Wszystkie wiarygodne źródła mówią, że człowiek zrodził się w sercu Czarnego Lądu, być może właśnie tu, na pustyni. Messaoud twierdzi zaś, że ludzkość powróci kiedyś na Saharę albo pustynia, której co roku więcej i więcej wedrze się do miast i wsi tej odległej, nieznanej mu cywilizacji.

Siedzimy przy ognisku zasłuchani w bezszelestną, kosmiczną wręcz ciszę. Pijemy herbatę. Ali dorzuca do ognia suche łodygi krzewów, a w powietrzu unosi się cudowna woń tamaryszku. - "Za tysiąc, a może za sto tysięcy lat w Ameryce będzie tak gorąco jak tu, w El Faouar" - mówi Messaoud. I co wtedy zrobią - dopowiadam sobie w myślach - ten bankier z Manhattanu i ten informatyk z komputerem, którego nie będzie gdzie podłączyć. Do kogo pójdą po pomoc i kto im tej pomocy udzieli? Gdzie znajdą wodę i jedzenie? Jak będą chronić się przed upałem? Może zaczną wtedy szukać starego, odzianego w dżubbę i owiniętego turbanem nomada, by zadać mu to jedno, najważniejsze pytanie: "Jak żyć?".

Piotr Jaskólski

źródło informacji: Globtroter

Więcej o:
nomadzi

Warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Wasze komentarze (3)

Dodaj komentarz

~ewa. -

Bylam na Saharze 2 razy na tzw.duzej petli.Faktycznie pustynny krajobraz robi niesamowite wrazenie,Wydawalo sie ze nie ma ludzi wogole,gdy sie zatrzymywalismy naraz pojawialy sie dzieci z rozami pustyni w rekach.Okazuje sie ze tam ludzie zyja rodza sie i umieraja.

~aśka -

niesamowici ludzie, szkoda że zanikają ich tradycje