Po takiej wycieczce można nabawić się poparzeń opuszka. W zasadzie zewsząd tam daleko. Dlatego ewentualna wyprawa zazwyczaj kończyła się planami, na ich realizację zazwyczaj brakowało czasu. Prędzej dolecimy do Nowej Zelandii niż dotrzemy pociągiem do Suwałk! Weekend zejdzie na sam dojazd i powrót.
Oszałamiające ponoć krajobrazy, niestworzone historie o tajemniczych Jaćwingach i wiele innych jeszcze smaczków jakby żywcem z baśni wyrwanych - to wszystko musiało poczekać. I tak czekało i czekało... i to był błąd!
Zrozumiałem to pod koniec pierwszego dnia naszego pobytu na suwalskiej ziemi. Cały dzień obfitował w rozliczne, w stu procentach miłe niespodzianki. Nie nadążałem z rejestrowaniem całego spektaklu piękna, które kumulowało się w nadmiarze. Krajobraz dookoła nas prężył się i wyginał niczym ponętna tancerka, której zadaniem jest rozgrzać publikę. Rzeczywistość wydawała się być żywcem przeniesiona z jakiegoś idyllicznego obrazu, jakby namalowana ręką artysty, który lubuje się w sielskich, wręcz przesadnie umajonych pejzażach.
Nawet drogi wiją się tu bardziej niż to potrzebne. Malarz-Stwórca układał je, najwidoczniej, według swojej własnej romantycznej wizji, w której piękno jest wartością nadrzędną i wznosi się wysoko ponad pragmatyzm. To jednak tylko powierzchowne wrażenia. Cała moc i głębia ujawnia się wieczorem, gdy na świat spada zasłona mroku. Wracając wówczas znad jeziora można zaobserwować drugi, ponadzmysłowy wymiar.

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
Rozliczne głazy, którymi usiane są pola, zmieniają się wówczas w tajemniczych wędrowców, może to nawet przedstawiciele dawnych plemion - Sudów, Galindów, Prusów, Skalowowów i innych zamieszkujących przed wiekami te strony. Nie, nie, wcale nie mam na myśli powrotu w stanie wskazującym. Tutaj tak jest. Magia miejsca - moc, aura, czy jak kto tam lubi to nazywać, działa bez wspomagaczy. Nie wierzycie, to zobaczcie dalej... Jedno jest pewne - takich miejsc nie zostawia się na później! Są bezkonkurencyjne.
Jak w kufrze na strychu
Wybierając się w północno-wschodnie rubieże kraju, koniecznie przygotuj się na nawałnice wrażeń! To tak, jakbyś nagle odkrył na strychu, u babci wielki kufer wypchany przeróżnymi skarbami. Czym bardziej zagłębiasz się w jego wnętrzu, tym większa ogarnia cię fascynacja. W zasadzie w całym regionie zlokalizowane są liczne smakołyki, na które turysta tylko poluje. Kraina ta ma swój unikalny charakter i na odwiedzających ją gości szybko rzuca urok.
Czy można ją utożsamiać tylko z polodowcowymi pagórkami, pomiędzy którymi lśnią lustra wody? Ooo, to by było bardzo duże uproszczenie. Jak mieliśmy okazję się przekonać, oblicze tego zakątka zmienia się co kawałek, każdy fragment jest słynny z innego powodu. Przeciwległe krańce mogą być do siebie wcale niepodobne, ale za każdym razem (i tu daję gwarancję) znajdziecie przyrodnicze eldorado. Z ekologicznego punktu widzenia jest to najczystszy region w Polsce. Nie występuje tu praktycznie przemysł ciężki, a zaludnienie jest stosunkowo niewielkie.
Dwa najbardziej znane miejsca Suwalszczyzny to obszar na północny-zachód od Suwałk, ujęty dziś w granice Suwalskiego Parku Krajobrazowego, oraz na wschód od tego miasta - Jezioro Wigry i otaczające je puszcze. W jednym i drugim najbardziej wydatnie prezentuje się polodowcowa i pojadźwieska spuścizna, elementy, które, niczym magnes, przyciągają ciekawskich. Podobnych magnesików jest tutaj znacznie więcej. Region zyskał jeszcze na popularności po przystąpieniu naszego kraju oraz sąsiedniej Litwy do Układu z Schengen.
Powaby tej historyczno-geograficzno-etnograficznej krainy rozciągają się także w południowo-zachodniej Litwie. Dawniej musielibyśmy pojechać najpierw na przejście graniczne, ale teraz możemy kontynuować naszą eksplorację, zupełnie nie zważając na pas drogi granicznej. Gdy nagle leśna czy polna ścieżka urwie się tuż przed linią graniczną należy tylko włączyć terenowe przełożenia i przeskoczyć na drugą stronę.

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
Po jakimś czasie zapewne odnajdziemy trakt, który zaprosi nas w głąb Litwy. Od 21 grudnia 2007 r. możemy zatem bez przeszkód eksplorować cały potencjał suwalskiej ziemi. To tylko kolejny pretekst, by na urlop przyjechać właśnie tutaj. Tylko czy 2 tygodnie urlopu wystarczą na eksplorację tej skarbnicy? Wątpię.
W krainie oz-ów, kemów i drumlinów
Tydzień buszowania zapewne nie wystarczy - dla nas to było stanowczo za krótko. Owszem, odwiedziliśmy te najbardziej spektakularne cudeńka, zajrzeliśmy także tam, gdzie bardziej dziko i niedostępnie, ale cóż z tego, jeśli tak naprawdę na każdym centymetrze kwadratowym może kryć się jakaś tajemnica. Liczne pozostałości po wspaniałych grodach Jaćwingów, grodziska, cmentarze z różnych okresów są często poukrywane w gęstwinach, pozarastane przez panoszącą się przyrodę i przez to trudne do zauważenia.
Nawet, gdy człowiek ułoży sobie ambitny plan, zaweźmie się w tym odkrywaniu, to i tak poniesie sromotną klęskę. Przemierzając najbardziej urokliwe zakątki Suwalskiego Parku Krajobrazowego (SPK) bywają momenty, że zamiast cieszyć się porywistym zjazdem mimowolnie przystajesz rozdziawiając szeroko usta. Nie... ja wymiękam - mówiłem wtedy do Dominiki. Wyciągałem wówczas aparat fotograficzny, potem rozlegał się płacz migawki nagrzewającej się do czerwoności. I jak tu podróżować w taki sposób?!
Bywało, że najbardziej kultowe fragmenty ścieżek pokonywaliśmy później raz jeszcze tylko dla samej frajdy, jaką daje jazda po tak wyrzeźbionym terenie. Tym razem bez sięgania po kamerę. Zdradzę Wam kilka z takich cudownych miejsc. Posłuchajcie...

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
Jechaliśmy już wiele godzin, całą noc, która właśnie pakowała manatki i niepostrzeżenie rozpływała się w chłodnym porannym powietrzu. Gdy w pewnym momencie zauważyłem przy drodze znak ostrzegawczy z sylwetką łosia odetchnąłem z ulgą - to już tu, wreszcie wkraczamy w interesujące nas rewiry. Wraz z przejechaniem rzeki Biebrzy wkroczyliśmy na historyczne ziemie Sudovii*. Do największego miasta regionu pozostało jeszcze 60 km, a potem pojedziemy jeszcze dalej na północ w stronę najgłębszego w Polsce jeziora.
Wymyśliliśmy, że właśnie w jego okolicy znajdziemy sobie bazę agroturystyczną skąd już na rowerach będziemy eksplorować okolicę. I tu, od razu, miła dla nas niespodzianka. Zupełnie przez pomyłkę, skręciwszy nie w tę co trzeba drogę, zatrzymaliśmy się pod tajemniczym afiszem GALERIA w Przełomce. Hm...? A cóż to takiego? O noclegach nic nie napisali, ale nazwa intrygująca. Galeria w takiej dziczy? Dookoła kilka domów na krzyż, z pola zawiewa obornikiem - rasowa wieś, miejsce jak znalazł na wypoczynek. Sprawdźmy to!
Państwo Mackiewiczowie już od wielu lat prowadzą swoją Galerię w Przełomce. W tak krótkim tekście trudno choćby streścić co właściwie kryje się za pojęciem Galeria. Nie jest to na pewno klasyczne gospodarstwo agroturystyczne - to coś znacznie więcej. To wspaniali ludzie i miejsce o energii tak pozytywnej, że potem trudno się z niego wydostać. Osobiście w ogóle rzadko korzystamy z noclegów pod dachem, a tu mimo wspaniałej pogody (zachęcającej do biwakowania) zostaliśmy aż na dwie noce. I wcale nie mieliśmy ochoty stąd wyjeżdżać.

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
Dzięki gościnności gospodarzy spróbowaliśmy kąpieli w tradycyjnej czarnej bani (z nocnym pływaniem w stawie), a także poszerzyliśmy wiedzę o mieszkańcach tych ziem. Pani Halina przedstawiała to w taki sposób, że trudno było odgadnąć, czy to o czym właśnie opowiada jest legendą, czy wydarzyło się naprawdę. Opowieści były tak interesujące, że na rowery wskoczyliśmy dopiero koło południa. Ale za to dosiedliśmy ich z nową werwą i niesamowitym apetytem poznawczym. Zaraz za progiem czaiła się przygoda...
Wędrowerując w okolicach Jeziora Hańcza obowiązkowo należy zajechać na Górę Leszczynową (272 m n.p.m.). Z wieży stojącej na jej wierzchołku można rzucić okiem na okolicę. Bezpośrednio pod spodem ujrzymy nieprzeniknioną toń Hańczy, a dalej falujący ocean zielonych wzgórz. "Leszczynowa mount" wznosi się tak wysoko, że widać stąd nie tylko cały SPK, ale nawet Fudżijamę! Hi, hi... nie tą japońską wprawdzie, ale... suwalską. Jej symetryczny kształt od dawna fascynował. Nadawano jej różne nazwy. Chyba najciekawszą jest właśnie "suwalska Fudżijama".
W zasadzie na każdą z tutejszych gór warto się wdrapać. Spoglądając z tych naturalnych tarasów widokowych przekonacie się, że krajobraz tutejszy bardziej przypomina niższe partie gór aniżeli Nizinę Środkowoeuropejską. W Smolikach, na przykład, widać siedem jezior na raz! Te wzgórza od dawna przyciągały ludzi. Zakładano na nich trudne do zdobycia grodziska, odprawiano obrzędy religijne, świętowano. Jeszcze całkiem niedawno istniał zwyczaj rozpalania ognisk sobótkowych na najwyższym w okolicy wzniesieniu. Mieszkańcy okolicznych wiosek konkurowali wówczas ze sobą o to, czyj stos zapłonie bardziej efektownie.

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
Aż do wieczora bujaliśmy się między najciekawszymi miejscówkami SPK. Zamiast asfaltowych dróg prowadziły nas zazwyczaj - bruk, żwir i piasek. Niekiedy były to nawet pełne wrażeń ścieżki - singletracki jakby rodem z prawdziwych gór. Jak choćby ten, który wije się wschodnim brzegiem Hańczy (niebieski szlak pieszy). Namierzaliśmy go dzięki cyklistom, których spotkaliśmy na trasie. Sami nazywali siebie "browerzystami" i jak mieliśmy okazję przekonać się wieczorem ta nazwa pasowała do nich jak ulał.
W każdym razie, bardzo wesołe towarzystwo z Warszawy. Zdradzili nam, że właśnie takie dzikie antypody są dla nich najcudowniejszym antidotum na życie w wielkim mieście. Ale wracając na szlak - tu po raz pierwszy mogłem w pełni sprawdzić swój nowy nabytek - fulla o przeznaczeniu ednuro. Gdy browerzyści ostrzegali nas, że to strasznie trudna trasa, prawdziwie hardcore'owy OS (odcinek specjalny) to przyznam - opowieści te traktowałem jako mocno przesadzone. Cóż. Mając po 150 mm amortyzacji pod każdym kołem, opony szerokie jak w motorze i hamulce niczym w tirze mogłem mieć pewne wątpliwości, prawda?
Byłem przekonany, że na nizinie nie spotkam godnego terenu dla takiej jeżdżącej fortecy. Trakt wzdłuż jeziora gruntownie zachwiał moją pewność siebie. Drapieżna ścieżka wymagała sporego wyczucia równowagi. Wąska i niekiedy kręta jak wąż trawersowała stokiem moreny. Dobrze, że pod spodem w odległości kilku lub kilkunastu metrów widać było ciemne lustro jeziora, w przeciwnym razie mogłoby się okazać, że skarpa sięga ponad 100 m wysokości.
Nie pomyliłem się - przecież głębokość jeziornej rynny dochodzi do niemal 110 m! Żeby nie było za łatwo, w wielu miejscach sterczały z podłoża pokaźne głazy narzutowe, korzenie i takie tam różne bezlitosne dla zawieszenia atrakcje. Rewelacja! Takich ścieżek spotkaliśmy w regionie jeszcze kilka i przyznam, że ich pokonywanie sprawiało mi więcej frajdy niż kręcenie po górach.
To co zaserwował nam SPK w postaci stromych podjazdów i szalonych zjazdów (a nawet naturalnych hop, z których się wybijaliśmy) zupełnie przerosło nasze oczekiwania. To najbardziej górzysta część opisywanej tu krainy. Nawet dumnie brzmiące Góry Sudawskie leżące w pobliżu granicy z Litwą nie przebijają SPK pod względem pofałdowania terenu. Wygrywają jednak pod względem dzikości i niedostępności. Przedzieranie się przez potoki czy podmokłe łąki z dala od ludzi i ich gospodarstw to tutaj normalka.

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
Po drodze mija się pozostałości po jaćwieńskich grodach (tereny te nazywano Sudavią od nazwy plemiona jaćwieńskiego), pozostałości dworskich zabudowań czy parków. W każdej chwili można stąd przeskoczyć za miedzę - na litewską część. Wycieczkę za granicę postanowiliśmy zrealizować jednak w innej części Suwalszczyzny.
Z Marychą u boku
Przekroczenia granicy nie mogliśmy sobie odpuścić. Z wypadami do Czech czy Słowacji zdążyliśmy się już oswoić. Ale tutaj granica musi wyglądać inaczej. Szeroki pas zaoranej ziemi (podwójny zresztą na tym odcinku) widać nawet na zdjęciach z kosmosu. To pamiątka po czasach, gdy Litwa wchodziła w skład Związku Radzieckiego. Aż trudno uwierzyć, że dziś można ją przekraczać gdzie się chce i kiedy tylko dusza zapragnie.
W czasie buszowania po wschodniej Suwalszczyźnie, a dokładniej w bezbrzeżnej Puszczy Augustowskiej, dotarliśmy wreszcie do niewielkiej osady. Ze Zelwy do granicy były już niecałe 4 km. Pojechaliśmy drogą leśną wzdłuż rzeki Marychy, która na tym odcinku wije się głębokim przełomem. Ponieważ zbliżał się już wieczór, postanowiliśmy zanocować na jednej z piaszczystych skarp w bardzo uroczym miejscu nad rzeczką. Litwa była teraz o rzut beretem.
Przekradliśmy się na jej teren o świcie. Wcale nie zdziwił mnie fakt, że po pograniczu walają się kilometry zardzewiałego drutu kolczastego. W czasach ZSRR istniała tu tak zwana "sistema" - podwójny pas zasieków i przeoranej ziemi. Trzeba na te druty uważać. Dość długo zajęło nam odnalezienie drogi prowadzącej nie wzdłuż, a w głąb terytoriom litewskiego. W końcu jednak zmierzaliśmy przez bezkresne lasy w kierunku jeziora o nazwie Veisiejis.
Osady, które tam spotkaliśmy, wyglądają jak żywy skansen: drewniane poczciwe chatynki doskonale wkomponowują się krajobraz. Pozostali tu chyba tylko najstarsi mieszkańcy, którym raczej niespieszno do cywilizacji. Wystarczy im to co mają. Bardzo spodobało się nam po "tamtej" stronie, lecz z braku obowiązującej waluty (zresztą sklepów też nie było) musieliśmy wracać do siebie. Szkoda, bo jakoś dobrze udzielała się atmosfera ciszy i spokoju nie mąconych przez echa cywilizacji. Do kraju wróciliśmy szutrową drogą do Berżnik. Po seansie w spożywczaku cofnęliśmy się na czerwony szlak, który zaprowadził nas do Zelwy. Gorąco polecam tą ścieżkę, szczególnie zaś fragment w rezerwacie Łempis.
Żal wracać
Miejsca takie jak Wigry na rowerzystę powinny działać w szczególny sposób. Już sama nazwa zawiera akcent rowerowy. Tak! To kolejny wyrywek bajkowej scenerii, od której w głowie może się zakręcić. Wyprawa dookoła jeziora nieźle nas zmęczyła, ale włożonego trudu nie żałowaliśmy ani trochę. Suwalszczyzna jest po prostu stworzona, by poznawać ją na rowerze! I nie chodzi mi tylko o moc rozmaitych atrakcji, od których trudno się wręcz opędzić, a o samą drogę właśnie. Ta nigdy nie jest tu prosta, zawsze wije się konwulsyjnie (zarówno w pionie, jak i poziomie).

Fot. Daniel Klawczyński /bikeBoard
A już najbardziej podobały się nam te jednośladowe smaczki, których szukać należy nie na głównych traktach, a przy brzegach jezior, tam, gdzie dreptają piesi. Wówczas czas upływa niepostrzeżenie - zakręcona nitka drogi jakby umyślnie próbuje wyprowadzić nas w pole, a raczej w las, który ciągnie się kilometrami. Pokonywanie jej staje się tym trudniejsze, im piękniejsze plenery roztaczają się dookoła. Tajemnicze, pełne zatok, przesmyków i wysp jezioro co chwilę prześwitujące przez drzewa najsilniej rozprasza uwagę bikera.
Nie zwiedziliśmy jeszcze wielu sztandarowych dla tego regionu miejsc, a już trzeba kończyć. Nie zdążyliśmy zobaczyć nawet tych, które zaliczane są do najciekawszych, jak choćby pełna tajemnic Puszcza Romincka. Osobiście włóczyłem się tam już kiedyś, lecz wciąż trawił mnie niedosyt. Chciałem pojechać także w czasie ostatniego pobytu..., ale nie starczyło czasu. Cóż. Jedną z najbardziej zagadkowych puszcz (zwaną polską tajgą) przyjdzie nam opisać innym razem.
Na terenie puszczy znajduje się kilka ciekawych wiaduktów kolejowych, w tym jeden z najwyższych w Polsce (Stańczyki) - obowiązkowy punkt programu w czasie peregrynacji w tej części kraju. Jedno jest pewne, każdy odnajdzie tu coś dla siebie, bez względu na to, jaki rodzaj kolarstwa preferuje. Wąskie, z rzadka uczęszczane asfaltówki, o których dotychczas nie pisałem, wydają się idealnym gruntem pod wąskie koła szosówek, natomiast pozostałe rodzaje dróg (będące tu w większości) zaspokoją apetyty sakwiarzy i eMTBowców. Polecamy wszystkim fanom rowerowania i aktywnego wypoczynku!
* Sudovia (nazwa łacińska) - Suwalszczyzna
Tekst i zdjęcia: Daniel Klawczyński










~krzysiek
od 15 lat .Oczywiscie rower...i miejscowi juz twierdza ze Ja wiecej zwiedziłem ich terenów niz...
~zetka
doświadczyć tych widoków osobiście :) Przy okazji Augustów :) Coś wspaniałego szczególnie latem...
~jan
temu było tu dziewiczo.Wyprawa do granicznej śluzy w 1982r to było przeżycie.
~Łazik
więcej zachwytu ale bardzo mało konkretów i dobrych wskazówek.Suwalszczyznę odwiedzam regularnie...
~Kaśka
zielonymi bagnami. Trudno zapomnieć.Cudo.
~alusia
napewno.Polecam.
~emma
Smolniki kanal august.to bajka polecam
~Klara
mapie" w drugą stronę, mieszkam teraz we Wrocławiu i tęsknię do jesior, lasów, wszystkich pagórk...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »