Znajomy, który ma nas zabrać samochodem, a przy okazji przywieźć korony, zabłądził gdzieś po polskiej stronie, przepadł bez śladu... Morale jest niskie. I nic dziwnego. Trzy ostatnie dni porządnie dały nam w kość. W mięśniach i na skórze skumulowały się trudy pokonania trzech górskich pasm. Nie tylko fizycznie odczuwamy tą epicką wyprawę. Jeszcze więcej kłębi się w głowie - Sudety to arcyciekawy zakątek. Dziś trudno mi przypomnieć sobie co działo się, gdy zaczynaliśmy tę podróż.
Naszą "wędrowerówkę" projektowaną raczej na bieżąco, a nie skrupulatnie zaplanowaną, staraliśmy się tak realizować, by maksymalnie, gdzie tylko to możliwe trzymać się odcinków grzbietowych. Dzięki tej taktyce w gruzach legło moje przekonanie, że w Sudetach nie zaznamy odpoczynku od cywilizacji.
Łańcuch ten jest bowiem stosunkowo gęsto zaludniony, a infrastruktura drogowa i turystyczna mocno rozwinięte. Dziczy się więc nie spodziewałem.
I choć na pewnych odcinkach faktycznie spotykaliśmy hordy turystów, to trzeba przyznać uczciwie - były i takie fragmenty, które świeciły pustkami.
Najważniejsze, że na każdym etapie towarzyszyły nam naturalne plenery górskie, a wioski, miasteczka, szosy były gdzieś tam, het, het za górami, za lasami. Pojawiały się na naszej drodze tylko wtedy, gdy były potrzebne, bo właśnie kończyły się zapasy. Przeważnie w przerwach (czyt. przełęczach) pomiędzy kolejnymi pasmami. A potem, na odcinku granicznym w Górach Złotych to już była Kanada - taki raj dla enduroholików. Zresztą posłuchajcie...
Góry Sowie
Zaczyna się jak w klasycznym dreszczowcu. Wąska, pozbawiona ruchu szosa zagłębia się w gęstym lesie, niczym tunel wprowadza nas w głąb pokrytych oparami gór. Widoczność jest coraz słabsza, z każdą minutą robi się ciemniej. Najpierw zaczyna szwankować nawigacja, która właśnie tutaj, na peryferiach, jest szczególnie potrzebna. Zaczynamy błądzić.W powietrzu wyczuwa się lekki niepokój, droga kluczy jakby chciała zgubić trop, staje się coraz węższa i bardziej wyboista, wreszcie kończy się twarda nawierzchnia, a zaczyna szuter. Co nas czeka?!
Nastroju nie poprawia widok mijanych niekiedy wsi - wręcz przeciwnie. Gdyby nie skomasowana ilość anten satelitarnych pokrywających murowane kamienice można by sądzić, że czas zatrzymał się tu mniej więcej w roku 1938.
Góry Sowie, bo o nich mowa, witają tak, jak potrafią. Nie bez powodu uważane są za jeden z najbardziej zagadkowych zakątków, nie tylko w regionie, ale i w całym kraju. Geologicznie są najstarszym pasmem w Sudetach przez co stanowią nieprzebrany skarbiec rozmaitych rud i żył różnych metali (także tych szlachetnych), skał, kryształów, skamieniałości i węgla. Prawdziwe geologiczne archiwum.Człowiek szperał tu od zawsze drążąc podziemne sztolnie czy wypłukując złote okruchy z potoków. Szukał tu skarbów ziemi. Góry Sowie to także, a może przede wszystkim, mekka dolnośląskich poszukiwaczy zagadek ostatniej wojny. Jedną z nich stanowi kompleks "Olbrzym" - "Kriese", a właściwie zespół podziemnych kompleksów, których rozmiar i przeznaczenie tak na prawdę do dziś nie zostały poznane.
Obiekt ten znajduje się kilka kilometrów od miejsca, do którego właśnie próbujemy dotrzeć. Gdy w końcu się to udaje, w mgnieniu oka wypakowujemy z auta plecaki, ścigamy z dachu rowery i ruszamy w czarną jak smoła noc.
Z naszym kierowcą umawiamy się, że odbierze nas za trzy dni w Czechach, w miejscu, do którego uda się nam dojechać. Ale póki co atmosfera nie nastraja do żadnej aktywności. I nie narzekam na stabilną deszczową aurę, tylko iście listopadową temperaturę zbliżająca się do wartości 0.
Jeszcze długo błądzimy po nocy szukając dachu nad głową. Schronisko, którego tak uparcie szukamy, jest w pełni zarezerwowane. Marcin próbuje zdobyć jakieś informacje o alternatywnych miejscach noclegowych, a ja pilnując rowerów zamieniam się w sopel lodu.
Że też zrezygnowałem z zabrania jedynej ciepłej bluzy - przeklinam w myślach. Przecież w Krakowie żar lał się z nieba i nic nie zapowiadało, że przyjdzie nagle zima. Wiadomość, że w wiosce przyjmą nas nocleg poprawia nasze nastroje. Na biwak w terenie nikt nie miał dzisiaj ochoty.
Rano wstajemy wypoczęci, z zapasem energii i gotowi na wszelkie wyzwania.
Zapału nie studzi nawet rześkie (czyt. lodowate), poranne powietrze.
Zresztą praktycznie od razu rozpoczyna się energochłonny proces wjeżdżania na pasmo, a dokładniej na najwyższy jego punkt - Wielką Sowę (1015 m n.p.m.). Niemal 370 m, jakie mamy do pokonania w pionie, pozwala szybko zapomnieć o chłodzie. Pierwszy kontakt z terenem i już wiemy, że przyjeżdżając tu nie popełniliśmy błędu.
Stary turystyczny szlak w miarę zdobywania wysokości staje się coraz węższy i bardziej wymagający. Nachylenie odcinka od Przełęczy Sokolej do schroniska Orzeł sprawia, że przednie koło wyrywa dęba. Potem jest już mniej stromo, za to trzeba przezwyciężać kaprysy podłoża - liczne skały i korzenie urozmaicają zmagania z przyciąganiem ziemskim. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak na odcinkach zjazdowych.
Za Sową ukazuje się nam stara, rzymska droga. Hipnotyzuje nas jej oblicze, te wszystkie wykroty, kamloty, skarpy, korzenie i nierówności, słowem prawdziwy miód dla podniebienia mountain bikera. Słyszę jeszcze westchnienie kolegi - o, yeah! To jest to, co reigny lubią najbardziej - kwituje Marcin.
Potem nie rozglądam się już na boki tylko koncentruję na tym, aby nie wyrżnąć w jakiś większy głaz. Mimo straszliwego pędu udaje mi się jednak złapać kokieteryjne spojrzenia harcerek idących pod górę (hm, pewnie myślą sobie - cóż za dzielni chłopcy - kombinuję). Doping dziewczyn sprawia, że zapominam co to hamulce i gdy na końcowym odcinku zjazdu zbliżam się do prędkości ponaddźwiękowej otrzymuję potężne uderzenie odpryskiem skały w ramę. Ha, pierwsze wgniecenie w moim nowym rowerze! Cóż, nie ma porządnej zabawy bez strat.
W każdym razie po tym nowym dla nas terenie jedzie się przyjemnie, w pełni spełnia nasze oczekiwania. Jest co robić. Góry Sowie są jednym z największych pasm polskich Sudetów. Rozciągają się na przestrzeni około 26 km, a w najszerszym miejscu sięgają 13 km. Oprócz kulminacyjnego wzniesienia żaden inny szczyt nie wybija się tu na wysokość przekraczającą 1000 m, jednak grzbietowe szlaki przebiegają tu dość wysoko - na pułapie często przekraczającym 900 m, a rzadko schodzącym poniżej 700 m n.p.m. Pokonujemy tu jedne z najpiękniejszych tras w polskich górach.
Nieustanna sinusoida - zjazdy i podjazdy i tak bez końca. Trzeba tylko trzymać się szlaków, które biegną po najwyżej położonych częściach gór. W ten sposób unikniemy szerokich i nudnych szutrówek typowych dla niższych partii.
Czas urozmaicają dodatkowo punkty widokowe w postaci dwóch wież oraz liczne zadaszenia (niektóre z paleniskami), gdzie można odpocząć, schronić się przed deszczem, przygotować ciepłą strawę, a w razie konieczności przenocować.
Niektóre wiaty przycupnęły na brzegach uroczych polan, że aż chce się zatrzymać i nieco zrelaksować. Schronienia te przypominają raczej coś w rodzaju szałasów i doskonale nadają się do zanocowania. Niestety w sąsiednich górach nie spotykamy już tak pomocnych przy biwakowaniu w terenie miejsc.
Przepiękne Góry Sowie na pożegnanie sprawiają nam jeszcze jedną miłą niespodziankę. Niepowtarzalna ścieżka - wąska wyrwa w morzu bujnej roślinności wyprowadza nas wprost nad kilkunastometrową pionową przepaść fosy.
Teraz jedziemy balansując na jej brzegu z lewej oglądając wyłaniającą się gigantyczną wprost twierdzę. Oj tak. Skala fortyfikacji na Warownej Górze jest zdumiewająca. Zanim zjedziecie do Srebrnej Góry koniecznie musicie tu zajrzeć.
Góry Bardzkie
Za Srebrną Górą znów przepadamy w gęstej toni lasów. Szlak zaskakuje nas początkowo kilkoma wartkimi zwrotami akcji. W pewnym momencie z szerszej ścieżki robi się naprawdę wąski i stromy singletrack, który na łeb na szyję pędzi w dół po urwistym zboczu.
Ściągam lejce, ale maszyna nie reaguje i siłą rozpędu toczy się po pochyłości. Widzę, jak z przodu o życie walczy kolega. Niczym w filmach sensacyjnych zatrzymujemy się tuż przed spadkiem, który oceniliśmy jako "nie do zjechania".
Sprowadzamy rowery aż do potężnego wiaduktu, który jest jednym z licznych świadectw niemieckiej bytności na tych ziemiach. Zresztą podobnych atrakcji (budowli różnego typu i przeznaczenia, starych cmentarzy, kapliczek, fortyfikacji lub ich fragmentów) spotkacie w całych Sudetach multum.
Trzymamy się teraz niebieskich oznaczeń szlaku, zresztą wyboru specjalnie nie ma. Góry Bardzkie należą do najmniej znanych i najrzadziej odwiedzanych miejsc w całych Sudetach. Nie są imponująco wysokie i jazda po nich, poza wcześniej wspomnianym odcinkiem jest bardzo łatwa. Drogi są tu szerokie, a różnice wysokości nie wielkie.
Odcinek do Barda, choć bardzo zielony i kompletnie pozbawiony ruchu turystycznego oceniamy jako stanowczo zbyt nudny jak na eksplorację typu enduro. Cóż jednak począć. To jedyna opcja, aby unikając asfaltu przemieścić się między bardziej ekscytującymi Górami Sowimi i Rychlebskimi Horami. A tak, co by nie mówić, wciąż jedziemy lasami pod kołami mając jedynie naturalne podłoże. Zresztą, podobnie jak uczyniliśmy to my, można wykorzystać atut, że jest tu tak bezludnie i zorganizować biwak nie narażając się, że ktoś zrobi z tego aferę.
Wieczorkiem mogliśmy przez nikogo nie niepokojeni siedzieć przy dużym ognisku licząc podrapania i usuwając pasażerów na gapę - kleszcze. Rano bez stresu zwinęliśmy plandekę, posprzątaliśmy śmieci i ruszyliśmy ku nowym celom.











~Poznanianka
Rewelacja!
~cyklista
i zbędnego opisu zaznaczyć szczegółową mapkę z opisanym szlakiem, byłoby naprawdę super !
~ula
w Góry Sowie
dodaj komentarz »wszystkie wątki »