Nie dziwota, to prawie 1500 km. Przy szerokości dochodzącej niekiedy do 500 km czyni je jednym z najbardziej rozległych łańcuchów górskich tej części świata. Zahaczają w sumie o osiem krajów Europy. Znacie bardziej ambitny temat na wyprawę rowerową w promieniu kilkuset kilometrów?
Nasz projekt nosi nazwę CMC - Carpathian Mountain Challenge i jest rozwinięciem wyprawy South Polish Mountain Challenge 2007, podczas której pokonaliśmy rowerami polskie góry od granicy niemieckiej po Bieszczady. Dobrze dobrany zespół i wzrastający apetyt na epickie wyprawy stał się pretekstem kolejnych przygód.
Tym razem zapragnęliśmy zmierzyć się ze wschodnią i południową częścią karpackiego łuku. To bodaj najbardziej zapomniane przez ludzi fragmenty starego kontynentu. Morze gór częstokroć bardzo niedostępnych, pozbawionych infrastruktury turystycznej oraz szlaków, a nawet ścieżek.
I tym samym niezwykle trudnych dla śmiałków, którzy chcieliby pokonać je pieszo bądź rowerem, czyli przy użyciu li tylko własnych mięśni. Bez wsparcia z zewnątrz! Czy jednak są to przeszkody nie do pokonania?
Etap 1
Ukraina 2008. Połoniny domagają się ofiary
Do Zagórza, gdzie skończyliśmy SPMC, dostajemy się PeKaPem. Na plan akcji, czyli do sąsiedniej Ukrainy, przerzuca nas przez granicę internacjonalny pociąg "Przemytnik" do Chirowa (przejście w Krościenku). Od public relations jest w ekipie płynnie mówiący po ukraińsku Alek. Dzięki temu łatwo dowiadujemy się, gdzie we wsiach są sklepy (często tak zakamuflowane, że tylko wypytanie tubylców pozwalało je znaleźć) lub droga tam, dokąd chcemy pojechać.
Przeważnie interesują nas ścieżki prowadzące na połoniny. Esencją naszego planu jest bowiem próba pokonania karpackiego łuku nie dolinami, a właśnie odcinkami grzbietowymi. Niestety, Karpaty nie stanowią jednego nieprzerwanego łańcucha górskiego, ale raczej składają się z wielu rozdzielonych przełęczami pasm i masywów. Stąd konieczność wielokrotnego wdrapywania się pod górę, nierzadko okupionego litrami potu i bólem mięśni.Zdobycie pierwszej z połonin - Pikuja - daje nam przedsmak tego, co nas czeka w dzikich ostępach wschodniej części opisywanego tu łańcucha. Zazwyczaj wygląda to tak, że z braku dostatecznych informacji wybierany jest najgorszy wariant podejścia, albo też brakuje sensownej alternatywy.
Dróżka szybko znika pod dziesiątkami zwalonych drzew, trzeba ruszyć stromo w górę przez las pełen kłód i krzaków malin, niosąc rower na plecach. Przed nami jeszcze tylko kilometr. W pionie... Dźwięk krowiego dzwonka w środku lasu wzbudza nadzieje, że to koniec udręki. Nie... krowa pasie się w lesie! Dopiero po długich męczarniach wychodzimy ponad granicę lasu.
Z kolei pod Świdowcem pchamy rowery w niemiłosiernym skwarze. Najpierw stromą drogą prowadzącą do malutkiego monastyru ukrytego głęboko w lesie, potem zupełnie na przełaj. I nagle widzimy w oddali wygodną terenową drogę, ciągnącą się przez całą połoninę...

bikeBoard
A więc z dołu jest jakiś wygodny i czytelny podjazd podczas gdy my chwilami nosimy i pchamy nasze rowery! No i jeszcze pamiętne podejście pod najwyższy szczyt ukraińskich Karpat - Howerlę (2061 m n.p.m.). Wybór między żmudnym a wykańczającym podejściem nie jest łatwy, mimo to przedzieranie się przez kosówki z rowerem nad głową jest o tyle dobre, że krótkie. Ten rejon znany jest właśnie z utrudniającej życie kosówki.
Grzbiet zdobyty szybko, sama Howerla okazuje się jednak na tyle niewygodna do pchania czy noszenia rowerów, że kierujemy nasze koła od razu na przepiękną stokówkę wijącą się po zboczach. Czasami z różnych względów trzeba też nagle zjechać w dolinę, np. gdy kończy się prowiant. A potem rano znów wspinaczka... Poranny powrót na grzbiet połoniny Krasnej po tych samych grząskich krzaczkach borówek, w piekącym słońcu, przyprawił cześć grupy o myśli samobójcze.
W sumie na Ukrainie podobny scenariusz przerabiamy co najmniej sześć razy. Za każdym razem jest to olbrzymi wysiłek, ofiara z krwi i potu. Zawsze jednak sowicie wynagradzany widokami, które po prostu rozbrajają. I właśnie tę przyjemniejszą część przygody opiszę poniżej.
Pułap szczęścia
Oto One. Połoniny: Pikuja, Borżawa, Krasna, Świdowiec i Czarnohora. Pięć ślicznotek, pięć orgazmów dla zdobywców. Z daleka są podobne, ale w realu, szczególnie dla turysty zrowerowanego, to za każdym razem zupełnie inna bajka. Na jednych kręci się lekko, łatwo i przyjemnie, pokonywanie innych wymaga nieco większego zaangażowania mięśni, a nawet pewnych umiejętności technicznych.
Zaczyna się zawsze podobnie. Przed oczami otwiera widok połoniny ciągnącej się po horyzont. Uczucie ogromnej wszechogarniającej przestrzeni, tylko jechać.. Połonina Pikuja (pierwsza w kolejności na naszej trasie) w większości pokryta jest borówkami. Gołe murawy spotykamy tu rzadziej.
Grzbietem wiedzie ścieżka wygodna dla jednego, szczupłego pieszego. Jazda krętym rowkiem okazuje się trudna, co więcej - każdy skręt opóźnia 10-kilogramowy garb na plecach. Chwila dekoncentracji i bach korbą w ziemię. W praktyce sporo prowadzenia, bo ścieżka jest miejscami zbyt wąska i naszpikowana kamieniami. Tak jest przez całą drogę do samej doliny.










~Wojtek
~kubeon
który zakłądał przejechanie górami całej południowej granicy polski(south polish mountain challe...
~żanin
~obiektyw
-zwierzynę i żmije wypłoszą.
~Lajonowy
widokow podroz. Zazdroszcze ;) ale Sam jetsam z bieszczad wiec kiedy znajde ekipe tez jetsam got...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »