Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Rumunia: Życzymy "Drum bun"!

Wystarczy rzut oka na mapę Europy - w Rumunii gór jest zatrzęsienie! W tym kraju powiększa się wstęga Karpat, zajmując sporą część niemałego przecież kraju. W dodatku z Polski, zwłaszcza z południowej części, jest tam "rzut beretem"...

Centralna część Gór Rodniańskich to było to, na co czekaliśmy - trudno i pięknie jak w raju...
Centralna część Gór Rodniańskich to było to, na co czekaliśmy - trudno i pięknie jak w raju... /bikeBoard

Drum de tractor - samochodem tu nie wjedziesz. Tylko góry, góry i góry... Grube szerokie opony, aktywne zawieszenie oraz 27 kombinacji przełożeń - to nasz paszport w niedostępny świat. Rozległe i stosunkowo puste górskie przestrzenie, noclegi w dziczy - przygoda pełną parą! I to niedaleko stąd!

Dlaczego tam?

Kierując się zasadą "od ogółu do szczegółu", po wybraniu kraju wojaży zaczęliśmy kombinować, które pasma najlepiej nadają się do jazdy, o jaką nam chodzi. Jazdy, którą nazwałbym (gdybym był specem od marketingu w branży rowerowej) - enduro adventure. Brzmi nieźle, nam tymczasem zależało po prostu na turystyce ze "sportowym pazurem" uprawianej w górach, które - mimo, że są wielkie, dzikie i nie pociachane jeszcze pajęczyną specjalnych rowerowych dróg i szlaków - dają się okiełznać na rowerze.

Poszukiwanie enduro - raju w Rumunii polegało na wypytywaniu wytrawnych górołazów, czy takich nie znają. Wybór padł w końcu na Góry Rodniańskie, które miały być gwoździem programu, oraz na sąsiednie Góry Suchard i Marmarosze.

Słodki sen

Dojazd z Polski postanowiliśmy rozegrać sprawdzoną i najszybszą metodą, czyli podróż wynajętym busem, który spod drzwi domu wiezie nas właściwie na szlak. Urlopy wszyscy mieli zarezerwowane już kilka miesięcy wcześniej i nie było możliwości zmiany planów, nawet z powodu fatalnej pogody.

Żeby do maksimum wykorzystać skromny, urlopowy czas postanowiliśmy wyjechać jeszcze w piątek wieczorem. Dzięki temu, już przed południem mogliśmy nabrać w płuca rześkiego powietrza u podnóża Gór Rodniańskich.

Zawsze szukaliśmy ciekawych miejsc na nocleg, ten w Górach Marmaroskich był jednym z bardziej malowniczych.
bikeBoard

Nasz kierowca nie mógł się nadziwić, że po rumuńskich drogach jeżdżą samochody pięć razy droższe niż jego bus, a ludzie mieszkają w domach, i to całkiem ładnych. Każdy mijany przez nas terenowy, "wypasiony" samochód był komentowany przez niego mniej więcej tak - "patrzcie, jakie tu mają auta..." Zawsze przy tym cmoknął i kręcił z niedowierzaniem głową. Stereotypy, jakie pokutują w Polsce na temat Rumunii, to po części wina podróżników, którzy jeśli pokazują zdjęcia z tego kraju obowiązkowo musi się na nich pojawić bezzębna babcia, albo rozwalająca się stodoła. Tymczasem to tylko część prawdy...

Kierowca zostawia nas na przełęczy oddzielającej Góry Tiblesz od Gór Rodniańskich. Spotykamy tam grupkę Czechów, którzy za sobą mają przejście tego, na co właśnie zmierzamy z rowerami. Ostrzegają, że lekko nie będzie... Odpowiadamy, że o to właśnie chodzi. Tylko częściowo przespana noc w busie daje nam się teraz we znaki, ciągle ktoś się zatrzymuje, reguluje przerzutki, kombinuje przy ustawieniach. Każdy pretekst jest dobry, żeby złapać oddech.

Widok piętrzącego się podejścia zupełnie odbiera nam wolę walki i zarządzamy krótki odpoczynek. Ten zamienia się w lekką drzemkę i w końcu w twardy sen. Gdyby znalazł się chętny na nasz sprzęt, bez problemu mógłby wtedy wejść w jego posiadanie. Bite dwie godziny spaliśmy snem umarłego, a rowery, plecaki i inne szpeje porozrzucane były po całej łące. Na szczęście nie zostaliśmy ukarani za nierozwagę i nic nie zginęło.

Jeden z licznych trawersów w Górach Rodniańskich. Gdyby ścieżka prowadziła cały czas grzbietem, jazda na rowerze nie byłaby tam możliwa. /fot. Tomasz Dębiec
bikeBoard

Kłody pod nogi (koła)

Jeszcze przed wieczorem wydrapujemy się ponad górną granicę lasu. Na hali spotykamy młodego pasterza, który - mając niewiele ponad dziesięć lat - samotnie opiekuje się stadem owiec, kilkoma świnkami oraz jedną małą i pocieszną kózką. Pomagają mu w tym koń, z którego prawie nie zsiada i kilka psów. Pasterz pokazuje nam źródło wody, a my odwdzięczamy się czekoladą. Niestety bariera językowa nie pozwala na nic więcej, jak na wymianę przyjaznych gestów.

Jedziemy przyjemnym trawersem, raz po raz halą i świerkowym borem, który wcina się jęzorami wzdłuż potoków spływających ze zbocza. W pewnym momencie natrafiamy na przeszkodę - mur z powalonych świerków. Próba obejścia tego utrudnienia kończy się fiaskiem. Okazuje się, że przed nami rozpościera się wielka połać zwalonego lasu i pokonanie jej jest zadaniem niewykonalnym przed zapadnięciem zmroku.

Zakładamy więc obozowisko wśród powalonych drzew, które w nocy będą nas chronić od wiatru, ale rano będziemy musieli się nieźle napracować przy ich forsowaniu. Trudno wyobrazić sobie większego wroga dla bikera niż powalony las. Gdybyśmy się zdecydowali na zabranie sakw zamiast plecaków sprawa wyglądałaby jeszcze gorzej.

W dwie godziny pokonaliśmy feralny odcinek, po którym czeka nas nagroda - fantastyczny zjazd wprost przez łąkę, który nieco zmylił naszą czujność sprowadzając nas na manowce. Zamiast dostać się na przełęcz zjechaliśmy dwa kilometry niżej. Mimo drobnej orientacyjnej wpadki szybko wkraczamy na dobry kurs i wyjeżdżamy na szczyt Batrana, wznoszący się na wysokość 1710 m n.p.m.

Już tu witają nas widoki, o jakich marzyliśmy planując tą wyprawę - rozległe hale, na których pasą się stada koni, skalne urwiska najwyższego w całym paśmie Pietrosula (2303 m n.p.m.), głęboko majaczące pod nami doliny. Mimo tak potężnych gór jazda na rowerze jest możliwa. Kamienista droga wcina się w zbocze w taki sposób, że podjazdy nie zamieniają się w podejścia.

Nagle, ni stąd ni zowąd, pojawia się dwóch nastoletnich jeźdźców na koniach. Jak to w zwyczaju wszystkich tutejszych pasterzy nie używają siodeł, a ich skromny rząd to kawałek patyka i sznurek zamiast wędzidła. Chcieli chyba nam pokazać, kto jest lepszy w pokonywaniu połoninnych przestrzeni. Cóż, kaski z głów... szybkość i sprawność z jaką pomknęli po kamienistej drodze, dla nas była nieosiągalna. Tego widoku i towarzyszącego mu stukotu kopyt po kamieniach nie zapomnę.

Herbatka i zapiekanka... podstawa dobrego relaksu. /fot. Tomasz Dębiec
bikeBoard

W swoim żywiole

Stosunkowo wygodna droga dość szybko się skończyła przechodząc w wąski i trudny singletrack. Byliśmy już naprawdę wysoko, bo na jakichś 2000 m nad poziomem morza. U podstawy urwiska na Pitrosulu widać było nawet płaty śniegu - dodam, że był wtedy początek sierpnia. Góry, które nas otaczały, charakterem przypominały nieco nasze Tatry Zachodnie.

Na szczęście ścieżka trawersowała trudniejsze fragmenty grzbietu, co sprawiało, że większość trasy udawało się pokonać "w siodle". Trawersy były nie mniej ciekawe niż odcinki grzbietowe. Wąska ścieżka chowała się niejednokrotnie wśród kęp traw i wystających skał zmuszając nas do cyrkowej ekwilibrystyki.

To były super techniczne odcinki, które dawały, obok zjazdów, najwięcej przyjemności. Ten etap, mimo że jeden z najpiękniejszych podczas całego wyjazdu, był zdecydowanie najtrudniejszym pod względem technicznym, siłowym i kondycyjnym. Jako że ciągle przemieszczaliśmy się w okolicy głównego grzbietu problemem był dostęp do wody.

Miejsca, gdzie można ją nabrać, oddalone są od siebie o wiele kilometrów, natomiast schodzenie po nią w doliny byłoby zbyt meczące. Dlatego musieliśmy - choćby nie wiem co - dotrzeć na nocleg do miejsca, gdzie przy grzbiecie będzie woda. Udało się! Właściwie "rzutem na taśmę", tuż po zachodzie słońca. Potwornie wyczerpani rozkładaliśmy obóz w fantastycznym miejscu - osłoniętym od wiatru, niedaleko grzbietu i tuż przy wydajnym źródle wody. Noc nie była ciepła, jak to na wysokości 2000 m n.p.m., ale rano obudziło nas miło operujące po naszym tropiku słońce.

Zjazd życia i ciorba w nagrodę

Kolejny dzień to kontynuacja fantastycznej, technicznej jazdy przeplatanej noszeniem roweru w najtrudniejszych miejscach. Na koniec tego etapu Góry Rodniańskie serwują nam dwie atrakcje, których nigdy nie zapomnę - trawers bez ścieżki, wprost przez olbrzymią halę, której powierzchnia dzięki setkom owiec została doprowadzona do standardu gładkości pola golfowego oraz megazjazd, jednym z bocznych grzbietów, o długości kilkunastu kilometrów i przewyższeniu około półtora kilometra!

Na tym ostatnim były wszystkie atrakcje, jakie można sobie tylko wymarzyć: techniczny fragment po głazach, szybkie zjazdy po łąkach, gliniastych drogach, które przypominały tor bobslejowy i drogą biegnącą w leśnym tunelu z niespodziankami w postaci progów. To był zjazd życia, coś zupełnie niesamowitego przez swoją różnorodność i malowniczość. Na myśl o tym nieodzownie pojawia się "banan" na mojej twarzy.

Fot. Tomasz Dębiec bikeBoard
Etap rodniański zakończyliśmy w miejscowości Rodna wielką ucztą, bo o ile w ciągu kilku ostatnich dni nie brakowało nam wszelkich atrakcji to jedzenia zabraliśmy ciut za mało i zmuszeni byliśmy wprowadzić jego reglamentację. Zasmakowaliśmy między innymi tradycyjnej rumuńskiej zupie "ciorba", która jest bardzo tłusta i podaje się ją z ostrymi paprykami, śmietaną i pieczywem. Całość tak smakuje, że aż palce lizać. Noc spędziliśmy tym razem w starej opuszczonej stajence i choć nie pachniało tam za ładnie to jednak nie musieliśmy się bać potężnej burzy, która przetoczyła się nad okolicą.

Zmiana pastwiska

Ruszyliśmy na podbój kolejnego pasma - Góry Suhard. Ich charakter jest zdecydowanie łagodniejszy niż Gór Rodniańskich. To właściwie jedno wielkie pastwisko z licznymi drogami, które stosunkowo łagodnie wspinają się na trawiaste zbocza. Nie jest to jednak róża bez kolców. Tuż za najwyższą górą pasma - Omului (1932 m n.p.m.) - w kierunku zachodnim, znajduje się gęsta połać kosówki. Przejście przez nią możliwe jest dzięki nikłej ścieżynie, nad którą zamyka się sklepienie z gałęzi górskiej sosny.

Przemieszczanie się tam nawet bez roweru nie jest łatwe, więc nasza sytuacja nie była zbyt komfortowa. Dodam, że wkroczyliśmy do kosówkowego piekła późnym wieczorem, szybko zaczęło się ściemniać, a na dodatek zaczęło padać. Najgorsze w tej sytuacji było to, że nie mogliśmy znaleźć choćby skrawka powierzchni wolnej od cholernej kosówki, gdzie moglibyśmy rozłożyć nasz tropik.

Tylko tropik, bo w ramach totalnej redukcji bagażu zrezygnowaliśmy z zabierania pełnego namiotu. W końcu, już niemal w kompletnych ciemnościach, odnaleźliśmy mały placyk bez kosówki. Mocno pochylony, pełny nierówności i korzeni, ale dający możliwość rozłożenia tropiku. Noc nie była lekka - ciągle wyjeżdżaliśmy spod "namiotu" przez co byliśmy do połowy mokrzy, a Tomek przebił swój wypasiony dmuchany materacyk, który z super wygodnego zmienił się w madejowe łoże. Rano okazało się, że 100 metrów dalej była wielka łąka mogąca pomieścić z tysiąc namiotów...

Szarża przez rzekę Vaser. /fot. Tomasz Dębiec bikeBoard
Jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy w długą dolinę rzeki Bistrita. Biegnie tam szosa, która pokonując kilkadziesiąt kilometrów samą doliną, wspina się na wysoką przełęcz Prislop (1416 m n.p.m.) oddzielającą Góry Rodniańskie od Gór Marmarowskich. Po pokonaniu kilkudziesięciu "asfaltowych" kilometrów na powrót zanurzamy się w dzikie tereny. Z przełęczy na południe prowadzi bardzo dobra szutrowa droga, która pozwala miejscowym zbieraczom borówek wdrapywać się osobowymi samochodami i busami na znaczną wysokość. Mijaliśmy ich wiele. Zbieracze znosili "urobek" w wielkich wiklinowych koszach. Im dalej posuwaliśmy się na południe, tym tereny były bardziej dzikie. Końcówka tego etapu to fantastyczny trawers w gęstym świerkowym borze, a także po części wśród kosówki. Nie było łatwo, ale większość trasy była do pokonania na rowerze. Nocleg zorganizowaliśmy na wysoko położonej polanie, nad brzegiem małego jeziorka.

Wokół drewna i kolejki

Następnego ranka, zaledwie po przejechaniu dwóch kilometrów, dzięki dwóm młodym pasterzom dowiedzieliśmy się, że nieźle pobłądziliśmy i o mały włos nie przekroczyliśmy granicy z Ukrainą. Chcąc nie chcąc musieliśmy skorygować plany i zamiast grzbietem jechać dalej doliną rzeki Vaser. Jest długa na ponad 50 km, a jej dnem nie prowadzi żadna droga.

Komunikacja odbywa się, dzięki kolejce wąskotorowej, która transportuje głównie drewno z tutejszych lasów, ale są też kursy wycieczkowe. Na samym początku doliny zostaliśmy zatrzymani przez strażników granicznych, którzy byli przekonani, że pobłądziliśmy i trafiliśmy tu z Ukrainy. Co do tego pierwszego mieli akurat racje...

Po wyjaśnieniu sprawy ruszyliśmy na kilkudziesięciokilometrowy etap torowiskiem. Etap strasznie nudny i wyczerpujący przez swą monotonię, która przerywana była nielicznymi stacyjkami na trasie i tunelem wydrążonym w skale. Sama dolina ma swój urok. To zupełnie inny świat, którego życie toczy się wokół drewna i kolejki. Z wielką ulgą wydostaliśmy się z doliny. Następnego dnia, już asfaltami, dostaliśmy się do Sygnetu Marmarowskiego, gdzie byliśmy umówieni z naszym kierowcą.

Ten dzień też nie był bez przygód. Przemoczeni do suchej nitki przebieraliśmy się "w bramie kamienicy" i spokojnie rumuńska policja mogła nas zgarnąć za publiczne obnażanie się, na szczęście chyba nikt nas nie zauważył. W oczekiwaniu na transport do kraju zaserwowaliśmy sobie kolejną ucztę, po której z właścicielkami lokalu oraz z obsługą żegnaliśmy się jak starzy przyjaciele.

*Drum Bun to po rumuńsku: dobrej podróży. Mówi się ruszającym w podróż.

Jeśli fascynuje was klimat rumuńskiej przygody w rozległych górach, zapraszamy do uzupełnienia na www.bikeBoard.pl. Znajdziecie tam więcej zdjęć oraz informacje praktyczne.

Tekst i zdjęcia: Tomasz Dębiec
Artykuł pochodzi z miesięcznika bikeBoard

źródło informacji: Materiał pochodzi z magazynu
bikeBoard

Więcej o:
góry,
Rumunia,
podróże,
rower,
trasa,
wycieczki rowerowe,
turystyka,
wycieczki

Warto zobaczyć

ROWER - warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Twój komentarz może być pierwszy

Piszesz jako Gość

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.