
Biel występuje w dwóch zasadniczych formach: "chmurzastej" i "owczastej". Natomiast trawa zdaje się rozciągać w nieskończoność za nic mając granice. Pod tym względem Szkocja i Anglia okazały się mieć więcej wspólnego niż mogło by się wydawać. Inną cechą wspólną zwaśnionych krain, przynajmniej na obszarze, który zwiedziliśmy, jest rzeźba trenu - hipsoaktywna, nie dająca kolarzowi wytchnienia, za to ciesząca oko. Teren jak znalazł na rowerową wyprawę.
Północna Szkocja uchodzi za najbardziej atrakcyjną część Wysp Brytyjskich. My postanowiliśmy ominąć słynne szkockie Highlands i skierować się na rzadziej odwiedzaną, ale równie urokliwą Wyżynę Południowoszkocką. Skrupulatnie wyznaczona trasa przebiegała poprzez strome przełęcze Lake District - najwyższej części Anglii oraz tajemnicze, słabo zaludnione wrzosowiska Yorkshire Dales.
Wybór trasy okazał się idealny. W sam raz na krótki, dziesięciodniowy wypad. Wygodne połączenia lotnicze sprawiły, że tanio i bez zbędnej straty czasu dotarliśmy na miejsce startu, do Glasgow-Prestwick. Dzięki kompetencji przewoźnika WizzAir, transport rowerów, zapakowanych w specjalne torby, odbył się sprawnie i bez przykrych niespodzianek.
Słoneczne powitanie
Słynąca z wisielczej pogody Szkocja przywitała nas nietypowo, serwując na zachętę kilka wyjątkowo ciepłych i słonecznych dni. Jakość dróg, zgodnie z oczekiwaniami, okazała się bardzo dobra. Dużo koncentracji wymagało jednak przyzwyczajenie się do lewostronnego ruchu ulicznego. Mijające nas z prawej strony samochody wzbudzały odruchowo spory niepokój, nie mówiąc już o tym, że ronda należało objeżdżać zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Nieźle to zakręcone! Na dobry początek zwiedziliśmy ruiny niewielkiego zamku Dunure Castle, malowniczo usytuowane wśród ostrych skał wystających z rozbujanego Atlantyku oraz okazały Culzean Castle, stojący wprost na stromym, nadmorskim urwisku. W prawdziwy zachwyt wprawił nas jednak dopiero kolejny etap naszej podróży...
Galloway Forest Park
Gdy porzuciliśmy wybrzeże i wjechaliśmy w głąb Wyżyny Południowoszkockiej, naszym oczom ukazała się kraina łagodnych wzgórz, gęstych lasów, rozległych pastwisk i tajemniczych wrzosowisk. Utworzony w jej zachodniej części Galloway Forest Park skupia to, co najlepsze w tej mieszance. Bardzo niska gęstość zaludnienia i znikoma liczba turystów sprzyjają długim, samotnym wyprawom. Możemy przez wiele godzin nie spotkać żywej duszy na szlaku. Krajobraz nie jest wprawdzie tak majestatyczny, jak w Highlands, lecz urodą niewiele mu ustępuje, a klimat jest jakby mniej kapryśny. Wąskie asfaltowe lub szutrowe drogi, z minimalnym ruchem kołowym i niewysokimi przewyższeniami, są wręcz idealne na trekkingową wyprawę, dla nas w sam raz.
Pod wieczór, rozglądając się za miejscem na nocleg, zjechaliśmy nad brzeg zaszytego w leśnej gęstwinie jeziora Loch Moan. Jak się okazało, wszystkie drogi prowadzące do jeziora przegrodzono szlabanami, czyniąc je niezwykłą oazą spokoju. Ciszę zmąciły dopiero odgłosy orzeźwiającej kąpieli, którą urządziliśmy przy temperaturze niewiele przekraczającej 10?C. Podczas wieczornego posiłku zaatakowały nas chmary krwiożerczych midges - niewielkich, gryzących meszek, które są zmorą osób przemierzających szkockie bezdroża.
Nazajutrz, chcąc przejechać rowerami przez najciekawszą część parku Galloway, zdecydowaliśmy się na niepozornie wyglądającą na mapie szutrową przeprawę wzdłuż szlaku Southern Upland Way. Jak się wkrótce okazało, droga ta była w równym stopniu ciekawa przyrodniczo i krajobrazowo, jak też wymagająca dla rowerzystów z pełnym ekwipunkiem obozowym. Nie żałowaliśmy jednak zjazdu z wygodnego asfaltu.
Z każdym kilometrem otwierały się naszym oczom coraz piękniejsze widoki. W blasku pełnego słońca, zieleń wzgórz Galloway przybierała dziesiątki oryginalnych odcieni, od ciemnych, zgniłozielonych, przez intensywnie szmaragdowe, po jasne, mieniące się żółcią i turkusem.
Całości malowniczego krajobrazu dopełniało błękitne niebo z białymi obłokami. Po opuszczeniu dziewiczych wzgórz Galloway, dotarliśmy do ruin niewielkiego zamku Threave. Budowla powstała w połowie XIV wieku na małej wysepce na rzece Dee, w pobliżu granicy Szkocji z Anglią i do dzisiaj można się tam dostać jedynie łodzią.
Tego dnia nocleg wypadł nam na krawędzi skalistego klifu, opodal miejscowości Rockcliffe. Z wysuniętego w głąb morza wzgórza Castle Point rozciągał się doskonały widok na pionowe skalne ściany opadające wprost do wody. Pobliska zatoka okazała się wręcz szkolnym przykładem obrazującym działanie przypływów i odpływów. Wieczorem pełna wody, rano - jedynie wielokilometrowa łacha piasku. Ostatnim szkockim zamkiem na naszej trasie był Caerlaverock Castle. Średniowieczna warownia, położona nieopodal miasta Dumfries, odegrała znaczącą rolę w walkach między katolikami i protestantami w XVII wieku, po czym popadła w ruinę. Kilkanaście kilometrów dalej, na samotnie stojącym budynku ujrzeliśmy wielki napis: The last house in Scotland. Zaraz potem przy drodze stała tablica informująca, że oto wkraczamy do Anglii. Rozpoczął się drugi etap naszej podróży.
Lake District National Park
Park Narodowy Lake District obejmuje znaczną część Gór Kumbryjskich. Są to najwyższe angielskie wzniesienia, pozornie niezbyt okazałe, bo nie osiągają nawet 1000 m n.p.m. Jednak głęboko wcięte doliny warunkują duże różnice wysokości względnych. W wielu miejscach rzeźba terenu nabiera charakteru tatrzańskiego. Urody regionowi dodają liczne, duże jeziora polodowcowe.
Lake District można łatwo zwiedzić poruszając się samochodem lub rowerem, a to za sprawą gęstej sieci wąskich dróg asfaltowych. Planując podróż na rowerze należy jednak wziąć pod uwagę niespotykane nigdzie indziej w Europie znaczne stromizny.
Na własnej skórze przekonaliśmy się, jak wymagające są podjazdy osiągające 30 proc. nachylenia. Przełęcze nie przekraczają wprawdzie 400 metrów wysokości, ale wjechanie z sakwami i tak się nie udało. Trudności potęgował wyjątkowo silny wiatr i popadujący deszcz. Jak kapryśna może być angielska pogoda przekonaliśmy się ostatniego dnia pobytu w Lake District.
Los chciał, że dzień ten wspominamy z zupełnie innej perspektywy. Remigiusz: Po przejechaniu trasy wzdłuż jeziora Thirlmere zapadła decyzja o rozdzieleniu się. Grzegorz zapragnął zażyć tym razem nieco cywilizacji. Tymczasem ja byłem przekonany o słuszności zorganizowania kolejnego noclegu pod krzakiem.
Zatem rozdzieliliśmy się i skręciłem w górę doliny, z zamiarem zdobycia dwóch najbardziej stromych przełęczy w Anglii. Tuż po starcie złapał mnie deszcz, a że nie zanosiło się na rychłą poprawę pogody, założyłem swój najbardziej wypróbowany strój przeciwdeszczowy - chiński kaftan ogrodniczy. Zastosowana przez producenta membrana o grubości gumy w dętce rowerowej, mimo braku właściwości oddychających, sprawia, że żaden outdoor mi nie straszny. Do przybierającego na sile deszczu dołączył wkrótce porywisty wiatr. Ze sporym trudem wyciągałem 4-5 km/h, by potem próbować odsapnąć na dziesięcioprocentowych "wypłaszczeniach".











Twój komentarz może być pierwszy!