Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Londyński riksiarz

Chcieliśmy uciec. Daleko. Nie słyszeć zgiełku wielkiego miasta, przygniatającego tłokiem, tempem życia, w którym wszystko wydaje się puste i bez sensu, bo obraca się dookoła kasy.

Zawód riksiarza to ciężki kawał chleba, ale i cenne doświadczenie życiowe.
Zawód riksiarza to ciężki kawał chleba, ale i cenne doświadczenie życiowe. /AFP

Po siedmiu miesiącach intensywnej pracy w samym sercu kilkumilionowego molocha pragnęliśmy zaszyć się na końcu świata. Nocne życie ulic Soho, Mayfair, całego West Endu, słowem ścisłego centrum Londynu wychodziło nam bokiem. My tam nie wypoczywaliśmy, tylko ciężko pracowaliśmy jako... riksiarze.

Ale na początku, przez jakieś dwa miesiące, nowe miejsce i nowe zajęcie były dla nas przygodą. Kasia i ja przyjechaliśmy do Londynu pod koniec listopada. Z początkiem grudnia wdrażaliśmy się już w nowy, całkiem specyficzny "zawód" riksiarza. Znajomi, którzy pracowali w firmie BugBugs polecili właśnie tą, najstarszą kompanię riksiarską w stolicy Wielkiej Brytanii.

Krótki kurs ogólnych zasad poruszania się i stosowania taryf, a potem wyjazd na ulice - praktyczna nauka jazdy. I tu totalne zaskoczenie. Jazda potężnym, ważącym 100 kg, trzykołowym rowerem okazała się niespodzianką. Z początku trudno było opanować jazdę na wprost, gdyż riksza ściągała w stronę spadku jezdni. Miało się wrażenie, że sprawa niechybnie skończy się wywrotką. Nowa osoba, która wsiądzie za stery takiej rikszy, w żaden sposób nie może opanować owego ściągania, jak gdyby działała jakaś niewidoczna moc, a może to efekt Coriolisa.



Witamy w dżungli

Prawdziwa "przygoda" zaczęła się na ulicy. Najlepszą metodą jest uczyć się na gorąco, jak radzą doświadczeni riksiarze. Wynająć rower i ruszyć w gąszcz ulic. Z początku przeraża, bo miasto nie jest małe, (oficjalnie 8 milionów mieszkańców, a myślę, że tak naprawdę więcej) a przecież trzeba się przestawić na ruch lewostronny i dostosować do tempa i ścisku uliczek, wreszcie do kolorytu lokalnego. Bo choćby takie Soho, dzielnica rozrywkowa - z początku no... szokuje, nawet przeraża. Tamtejszy "red light district" nie każdemu przypadnie do gustu. Londyn to wielki świat w totalnym znaczeniu.

Bycie riksiarzem gwarantuje olbrzymią swobodę. Rykszarz formalnie nie ma szefa. Nikt nie stoi i nie pilnuje. Jest baza, ale tam tak naprawdę wypożycza się rower i dalej, to już twój biznes, co z tym zrobisz. Riksiarz jest panem swojego czasu. Chce pracować to jeździ i szuka klientów. Jeśli nie, rozmawia z ludźmi, pali papierosa, śpi. Cokolwiek chce. Poza tym, że musi się - mniej więcej - stosować do przepisów ruchu drogowego, to cała reszta zależy od jego "widzimisię".

Przerwa w pracy. bikeBoard

Rikszowanie jest w jakimś sensie elitarne, nie każdy jest w stanie tym się zajmować. Zarobki każdego dnia są inne i często znacznie różnią się od siebie. Przez to praca ta ma nieco hazardowy charakter. Riksiarz to outsider (luzer!), który z pustymi kieszeniami wyjeżdża na polowanie i znanymi sobie sztuczkami potrafi zagwarantować zwycięski (bo ze szmalem) powrót do bazy. Riksiarz to w najczęstszym przypadku squaters (według słownika: dziki lokator).

Rikszowanie to bunt przeciwko systemowi, który narzuca przyswojenie przez każdą jednostkę jakiegoś użytecznego miejsca w społeczeństwie, płacenie podatków, itd. Fuck the system, punks not dead! Wielu ludzi, których tam spotykałem pracowało tam tylko po to, żeby zarobić na dłuższy wyjazd np. do Indii, czy gdzieś do Ameryki Południowej. Nie martwili się zbytnio o przyszłość. Gdy kończył się szmal wracali, by się odkuć. Nikt tu nikogo nie trzyma i można wziąć sobie urlop w dowolnym momencie i na jak długo tylko chcesz. Są ludzie, którzy świetnie się w tym odnajdują.



Oszczędzaj swoje nogi, weź rikszę!

"Save yours legs, take a rickshaw" i tym podobne hasła, po miesiącu pracy każdy riksiarz wypowiada niczym automat. Po dwudziestej drugiej zaczyna się "polowanie na ludzi". Jest to godzina teatrów i zazwyczaj riksie ustawiają się po tę klientelę. Po pierwszej nadchodzi najlepszy czas. Riksze niczym mrówki w zagrożonym mrowisku zaczynają poruszać się jak oszalałe jeżdżąc wydawałoby się bez celu, bo często przecież na pusto. Zawodowe zabobony każą działać właśnie w ten sposób. Ci, którzy stoją, mają bowiem słabsze branie. Szczęściarz, do którego wsiada klient/klienci (jednorazowo można zabrać trzy osoby) mknie do zleconego miejsca. Ale przedtem, szczególnie przy dalszych kursach, warto uzgodnić cenę.

Uśmiech losu

Paradoksalnie grudzień, a dokładnie okres przedświąteczny to dla londyńskiego riksiarza prawdziwa gorączka złota. Można liczyć na lepsze pieniądze niż w miesiącach letnich. Ludzie stają się hojni, a bogate i częstsze "tipy" szybko zapełniają kieszenie. Zeszłej zimy ponownie przyjechałem do Londynu tylko na grudzień, aby skorzystać z owej hojności i podratować nieco budżet.

Pamiętam jeden z pierwszych dni w pracy. A było to tak. Wytoczyłem się z bazy trochę wcześniej niż zazwyczaj, około 18-tej. W drodze na Soho trzeba pokonać most Waterloo, gdzie, jak co noc, przeżywałem wewnętrzne katusze pytając się czy dam radę przetrwać do czwartej, nieraz piątej nad ranem. Nagle z ciężkiego przygnębienia wyrwało mnie wołanie - rickshaw, rickshaw, stawiające na baczność każdego pracującego w tej branży. Dwóch "świątecznie nastawionych" Angoli zażyczyło sobie kurs na Victoria Station.

Popyt na ryksze jest zawsze. Grunt to umiejętność przyciągnięcia klienta.
bikeBoard

Normalna cena to 10 funtów od głowy. Miły kurs, który pozwala oddalić się nieco od najbardziej zakorkowanego ścisłego centrum, a przy okazji na tyle odległy, że zauważalny w portfelu. Z wesołymi i nieco zaprawionym panami na pokładzie przemknąłem przez skrzyżowanie pod Pałac Buckingham, tak, że po 15 minutach znaleźliśmy się na stacji. I tu niespodzianka i to, co każdy pedałujący na rikszy lubi najbardziej. Pasażerowie zachwyceni z przejażdżki i pełni uznania dla ciężkiej pracy "bikera" równie szczodrze sypali napiwkiem, co i komplementami. W sumie otrzymałem 20 funtów ekstra oraz 50 funtów w bonach towarowych.

Łącznie 90 funtów za jedną jazdę! Pod koniec tej sobotniej nocy ustanowiłem swój rekord. Bilans zamykał się w kwocie 270 funtów. O 5 nad ranem, mostem Waterloo resztkami sił lecz zadowolony, niczym gen. Wellington po zwycięskiej bitwie, wracałem do bazy. Potem jeszcze 6 km rowerem do domu. Słuchając budzącego się o poranku miasta, siedziałem w ogrodzie przed domem i sączyłem irlandzkiego Guinessa. Te kilka kropel ciemnego piwa znokautowało mnie do reszty. Usnąłem tak, jak siedziałem... na krześle w ogrodzie.

Historia plączącego riksiarza

Chciałoby się powiedzieć, że za takie pieniądze to można harować jak wół. No bo gdzie w Polsce, w ciągu ośmiu-dziesięciu godzin człowiek zarobi 700 zł (na rikszy w soboty jest to normalne). Jeżdżenie nie wydaje się takie trudne.

Ale potem okazuje się, że trzeba mieć nie tylko parę w nogach, ale i łeb na karku, a często także inne narządy na swoim miejscu. Ten niewinny wózek, wypchany trzema ciężkimi, wypełnionymi fastfoodem tyłkami wraz z kierowcą to - bagatela - pół tony! Jak po drodze trafi się podjazd to jesteś ugotowany. No i lepiej nie zabłądzić, bo wtedy nadrabia się kilometry, a może zdarzyć się też, że niecierpliwi klienci opuszczą pojazd nie płacąc złamanego funta.

Na parkingu.
bikeBoard

Ale pół biedy, gdy jest praca, nawet bardzo męcząca. Prawdziwe nieszczęście wygląda tak: riksiarz jeździe ze spuszczoną głową - bo nikt go nie chce. Koledzy dookoła koszą kasę, a ty czujesz jakbyś miał czapkę niewidkę. Człowiek nie znosi sytuacji, w których zbyt wiele zależy od przypadku, brodzenia w chaosie. Psychika ludzka potrzebuje racjonalnego (lub magicznego) wytłumaczenia pewnych sytuacji. Wśród riksiarzy wytworzył się pewien zespół przekonań, który próbuje odpowiedzieć na pytanie - dlaczego jeden ma szczęście, a drugi pecha, dlaczego jedne dni są lepsze, a drugie fatalne pod względem zarobionych pieniędzy.

Riksiarz ma do dyspozycji różnorodne schematy interpretacyjne. Część z nich jest całkowicie racjonalna, tzn. próbują one być całkowicie zgodne z racjonalnym typem myślenia, właściwemu "nowożytnoeuropejskiemu" typowi kultury. Inne schematy interpretacyjne ocierają się o myślenie typu magicznego. Np. interpretacje o "new age'owej proweniencji" - od każdego emanuje określona energia, aura, wibracje. Riksiarz wysyła bliżej nieokreślone feromony, czy fluidy fizycznie ściągające klientów... To tylko ułamek zawodowych guseł riksiarskich.

Riksiarstwo w Londynie to ciężki kawałek chleba, ale i ciekawe życiowe doświadczenie. Warto spróbować, choć według mnie, na dłuższą metę zajęcie to szkodzi zarówno zdrowiu fizycznemu jak i psychicznemu. W londyńskich, nocnych realiach często ocieraliśmy się o sytuacje równie nieprzyjemne, jak i niebezpieczne. I chcę o nich szybko zapomnieć.

Tekst i zdjęcia: Daniel Klawczyński, konsultacja Piotr Spychała

źródło informacji: Materiał pochodzi z magazynu
bikeBoard

Więcej o:
rikszarze,
Wielka Brytania,
praca,
rower,
Anglia,
Londyn

Warto zobaczyć

ROWER - warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Wasze komentarze (5)

Dodaj komentarz

~*)) -

Alegoria? czego? Nieszczęscia i bezrobotności? cofania się w rozwoju do czasów naszych przodków zbieraczy-łowców? Czy też plaster na rany Młodych bez szans na race w tym kraju? którzy nie maja POciotków którzy ich wkręcą na dobre stołki? Artykuł bajka wyssana z palca na POlecenie Centrali :(

~dimitra -

popieram!bardzo fajny artykul :)

~czytelnik -

Fajny artykuł. Można poznać realia pracy za granicą.

~Anty-kler -

Ciebie to należy wysłać gdziekolwiek, aby daleko od normalnych ludzi. Z pustego to i Salomon nie naleje a puste bo rozkradzione przez Kościół i OFE.

~lub taczek -

proponuję rządzącą i panującą ekipę wszadzić do riksz i wywieżć do ojczyzny czyli np. niemiec