Częściej tu zimno i mokro niż pogodnie. To również jeden z najpóźniej zaludnionych obszarów Europy. Trzeba mieć nieco wysublimowany gust, żeby ją polubić. Jednak miejsce to kryje jakąś moc - siłę, która skutecznie przyciąga ludzi z różnych zakątków. A jeśli ktoś choć raz ulegnie pokusie i zaryzykuje, islandzkie oblicze zauroczy go swoją drugą, zachwycającą stroną.
Na pierwszy rzut oka daje się poznać jako miejsce z dość wyrównanym, ale za to chłodnym i kapryśnym klimatem. Deszczo-mżawki czy swawolnie hulający wiatr często władają wyspą. Swoistą walkę o panowanie nad tym skrawkiem lądu od wieków toczą słońce i mrok.
Szala zwycięstwa przechyla się co jakiś czas raz na jedną, raz na drugą stronę, czego rezultatem jest w 2-3 miesiącach letnich brak nocy, a w niespełna 2-miesięcznym okresie zimowym skąpe dawki światła słonecznego. No i lód - kolejny z władców.
Swoim mroźnym płaszczem okrył ponad jedną dziesiątą powierzchni wyspy i zagarnął ją raczej na długie wieki. Ale dla nas - trójki studentów Akademii Górniczo-Hutniczej - to raj. Dlaczego - odgadnąć nietrudno. Przecież tutaj można niemal na własne oczy zobaczyć procesy, jakie przez miliony lat kształtowały naszą planetę. I to z perspektywy dwóch kółek! Wspaniałe spełnienie marzeń!
Jeszcze w samolocie, kołując nad lotniskiem w Reykjavíku, wydawało się nam, że wylądujemy w tropikach - tak radośnie oślepiało nas budzące się właśnie słońce. Jednak komunikat stewardessy pozbawił wszystkich okrutnie złudzeń - w stolicy czekało zachmurzone niebo, przelotny deszcz oraz bardzo silny i zimny wiatr. Czyli bez niespodzianek.Co gorsza, ten dywan chmur nie chciał się rozwiać, a wiatr przybierał na sile. W efekcie w kolejnych dniach rowerowania przyszło nam mierzyć się w nierównej walce z tymi zjawiskami pogodowymi i z własnymi słabościami.
Nasza trójka w czasie jazdy przypominała peleton, gdzie nieustannie trwa rotacja - chowaliśmy się jeden za drugim, co chwilę zmieniając lidera. Tylko prędkość różniła się z goła od tej panującej na wyścigach.
Średnio pokonywaliśmy jakieś 5 km w ciągu godziny - ścigać się moglibyśmy co najwyżej z piechurem. Wietrzne apogeum złapało nas w okolicach miejscowości Vik. Podmuchy były tak silne, że nawet schowany za specjalnym wałem ochronnym namiot doznał uszczerbku - połamało się kilka kijków.
Hopsa na lodowca
Wizyta na najwyższym szczycie wyspy (Hvannadalshnúkur, 2109 m n.p.m.) i przeprawa przez lodowiec to niemal obowiązek. To "serce" miejsca, o którym mówi się prosto - "kraina lodu i ognia". Nie dość, że to największa pod względem objętości pokrywa lodowa na Starym Kontynencie (powierzchniowo druga), to wyobraźcie sobie, że pod nią płyną sobie rzeki lawy, drzemią kratery wulkaniczne i biją gorące źródła!
Stąd na lodowcu Vatnajökull prawdziwe dziwy natury. Na przykład wielki krater (tzw. kaldera) Grimsvötn - gorące i głębokie na prawie 500 m jezioro z 200-metrowej grubości lodem na powierzchni. Jako że Matka Natura zainstalowała pod tym zbiornikiem "grzałkę", od czasu do czasu lód topnieje, wypełnia cały krater, a nawet przelewa się przez niego zabierając z impetem to, co napotka po drodze. Islandczycy nazywają to "Jökulhaup".
Tu mogliśmy zacząć spełniać główne cele naszej misji geologicznej. Miejsce idealnie nadawało się do zbierania różniastych próbek skał i minerałów oraz tworzenia dokumentacji zdjęciowej o tym, jak w rzeźbie terenu odzwierciedla się aktywność sejsmiczna wyspy oraz jej tektonika. Właśnie te niezwykle przepastne kaniony, pola geotermalne, wulkany czy spotkane później wielkie wodospady to niewyczerpane źródła wiedzy z tego zakresu.
Chcąc zdobyć wspomniany wcześniej wierzchołek musieliśmy dwa koła zamienić na raki, czekany i inny tego typu sprzęt. Ale i tak ów nunatak poradził sobie z nami - utrzymująca się przez kilka dni dość wysoka temperatura (19 stopni) spowodowała topnienie lodowca.
Zrobiło się tak ślisko, że zakazano wszelkich wypraw w tym kierunku. Pocieszyliśmy się wędrówką w głąb jęzora lodowcowego. Eksploracja wyżłobionej przez wody topniejącego lodowca szczeliny sprawiła, że długo nie mogliśmy wyjść z podziwu dla sił tu drzemiących.
Wrota do nieba, czy piekła
Cały zresztą obszar parku narodowego Skat áfell jest niesamowity. Krajobraz urozmaicony jest licznymi potokami, wodospadami, bujną w sezonie florą i fauną, a egzystencja - jökulhaupskimi falami powodziowymi czy erupcjami wulkanów. Piekielnie tu niebezpiecznie... i piekielnie pięknie. Dolina Skat áfell osłonięta jest z trzech stron górami, przez co wytworzył się tu specyficzny mikroklimat. Pozytywnie wpływa on nie tylko na tutejszą roślinność, ale i na emocje. Miejsce po prostu emanuje magią.
Ring Road / Islandzkie Niagary
Na Islandii nie napotkamy zbyt gęstej siatki dróg, zwłaszcza tych większych. Ale dotrzeć można prawie wszędzie (przy odrobinie zacięcia). To za sprawą zataczającej koło drogi głównej - krajówki nr 1, tzw. Ring Road, opasającej całą wyspę. Od niej prowadzi masa mniejszych ulic, różnych dróg i szutrówek.
Rower jedzie po nich czasem gładko, a czasem (częściej?) wpada w stan permanentnego delirium. Do kaprysów podłoża (brak asfaltu, masa kamieni, dziur, wybojów, zjawisko zwane "tarką") swoje pięć groszy lubi dorzucać wiatr, więc emocji nigdy nie brakuje. Niemal 20 km od "Pierścieniowej Drogi" znajduje się jeden z największych i najpotężniejszych wodospadów Europy - Dettifoss.
Pod względem potencjału energetycznego piastuje pierwsze miejsce wśród europejskiej konkurencji. Jego widok odbiera mowę z ust. Może to lepiej, bo i tak ryk spadającej i rozpryskującej się wody zagłusza wszelkie rozmowy. I lepiej nie podchodzić (a tym bardziej podjeżdżać!) pod samą krawędź niczym nie zabezpieczonego urwiska. "Plusk" z ponad 40 metrów byłby mało efektowny.
Poza tym istnieje ryzyko zahipnotyzowania. Tak, tak - to nie żarty. Jednostajny charakterystyczny dźwięk w uszach, widok kłębów pieniących się toni i spowijająca okolice mgła robią swoje. A całkiem niedaleko kolejny słynny wodospad - Selfoss. Tu już nie traci się słuchu, ale i nie odzyskuje mowy.
To prawdziwy kolos, który onieśmiela swoimi rozmiarami. Przez kilkusetmetrowy bok kanionu rzeki Jökulsá á Fjöllum (z isl. Lodowcowa Rzeka), zamiast przez próg, przelewa się woda. Niesamowite widowisko.
Lawą malowane
Będąc w tych rejonach wspomnijmy o pewnym jeziorku, bardzo malowniczym nota bene, które upodobały sobie komary. Jest to prawdopodobnie jedyne miejsce, gdzie przyjdzie się z nimi spotkać. Kto zna islandzki od razu odgadnie - Mývatnn, czyli "jezioro komarów".
Na szczęście nie są takie krwiopijcze jak polska odmiana, więc nie ma co się bać. Nie powinny przeszkodzić w delektowaniu się pięknym i jakże różnorodnym pejzażem. Nasza ojczyzna jest dość uboga w tego typu obrazki.
A tu aż się roi od różnych form wulkanów, stożków powulkanicznych, pól lawowych czy bloków zastygłej w dziwnej pozie magmy. Prawdziwa kopalnia... biżuterii! Nie, wcale się nie pomyliłem - drobniejsze fragmenty lawy posłużyły bowiem do stworzenia niecodziennej biżuterii, którą potem dumnie prezentowała na sobie Dorota.
Pewne rejony tworzą iście księżycowy krajobraz - do tego stopnia, że swojego czasu przysyłano tu amerykańskich astronautów (w tym najsłynniejszego - Armstronga) na "praktyki" wchodzenia i schodzenia z kraterów, by na Księżycu nie powinęła im się noga przypadkiem. Błękitne wody akwenu zasilane są na okrągło przez bardzo liczne gorące źródła. Z tego powodu H2O prawie nigdy nie zmienia swojego stanu skupienia na stały.
Wyspiarze
Zmienna jest, i to niezwykle, pogoda. Ledwie wygrzało nam grzbiety, tak przecież sponiewierane poprzednimi warunkami atmosferycznymi, a już znów siecze deszczem. Krople niemal "serfowały" na wiatrowych falach. Wicher znów pokazywał, na co go stać i skutecznie wywiewał nam biki spod tyłka. 10- i 15-procentowe podjazdy nie ułatwiały wędrówki, a zjazdy były jeszcze gorsze.
To koniec. Jechać się nie dało, a jedyne, co nam pozostało, to znaleźć jakąś kryjówkę. W tym celu wykorzystaliśmy czyjąś szopę z desek. Dziewczyny obawiały się, że właściciel wparuje nagle i oskarży nas o włamanie. No cóż, ja bym to raczej nazwał wymuszonym zajęciem obiektu.Ulewa nie ustępowała. Na rozkładanie szpeju w takich warunkach nikt nie miał ochoty, więc zapadła decyzja o "wynajęciu lokalu" na nocleg. Spokojnie zjadamy kolacyjkę, ciepłą herbatką popijamy. Ledwie się nie zakrztusiłem, gdy wrota stodółki się otworzyły! A jednak - stało się. Mam nadzieję, że tubylcy znają angielski i serce mają cieplejsze niż ten klimat.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach rozmowy (jednak english speaker) zawisła nad nami groźba utraty mnóstwa kasy za ten osobliwy nocleg i spotkania z policją! Na szczęście, już w porze śniadaniowej przekonaliśmy się, że nie wszyscy wyspiarze mają takie podejście. Ludzie, których spotkaliśmy później zadbali, by kolarze z Polski zapamiętali kraj i ich mieszkańców jak najlepiej. Uff, co to był za poranek!
Into the wild
Północna Islandia to jedne z najdzikszych rejonów wyspy. Choć wdzieranie się na kolejne wzniesienia kosztuje nas sporo wysiłku, często zbaczamy z głównej trasy by delektować bajkowością krajobrazów - urwiste klify, tłukące o skaliste nabrzeże fale, różnorodność fauny i flory (w Polsce trudno raczej spotkać np. wolno żyjącą fokę).
W końcu kierujemy się bardziej na południe - do interioru. Dopiero tu poznamy smak prawdziwej dziczy. Terenu tego nie można chyba nazwać inaczej jak pustynią kamienistą, choć w tym wypadku na brak opadów nie da się narzekać.
Zresztą jedno spojrzenie na mapę i już powinniśmy wiedzieć, co mniej więcej nas czeka - wielkie i nieodgadnione pustkowie. Gęstość zaludnienia to mniej niż 1 osoba na km2 powierzchni. Najmniejszych choćby wiosek ani widu ani słychu. Tylko my sami i przyroda - jak zawsze wiatr, czasem deszcz, no i żwirowa droga. W sumie to nie wiem, czy mogę tak napisać, bo czasem jej brakowało.
Jazda ciężka. Hipsometryczne wartości terenu już bardziej łaskawe, ale płasko nie było. Idealne warunki na sprawdzenie wytrzymałości sprzętu i bikera. Terenowe opony to podstawa. Łatwo było zaliczyć rozdarcie, a o pękniętych dętkach nie będę wspominał.
Mocno narażone były bagażniki - obciążone wypchanymi po brzegi sakwami aż trzeszczały błagając o litość. Niestety, nawet nocą nie było odpoczynku. Tutaj rozstawienie namiotu nie jest wcale łatwą sprawą. Włókna szklane, z których wykonany jest szkielet naszej pałatki, też nie dawały rady. Wiatr napierał z taką siłą, jakby chciał nas zmieść z powierzchni wściekły, że odważyliśmy się wtargnąć w głąb wyspy.Na próżno szukaliśmy osłoniętych miejsc, jakiegokolwiek minimalnego schronienia. Zrezygnowani pedałowaliśmy już tylko po to, by nie zamarznąć w tę okropną noc. W końcu dotarliśmy do jakiegoś uskoku. Uff! Chwila wysiłku, by postawić konstrukcję "na nogi" i zabezpieczyć ją przed odfrunięciem i padamy jak muchy.
Kolejne doby nie okazały się wcale łatwiejsze. Trasa, którą planowaliśmy pokonać w dwa dni, zajęła nam 5. Było straszliwie zimno, napoje w bidonach wręcz zamarzały. Nie powinniśmy się może dziwić, w końcu droga prowadziła przesmykiem między lodowcem Langjökull a czapą lodową Hofsjökull. Ale jeszcze w pierwszej części naszej przeprawy mieliśmy okazję podbudować morale.
To za sprawą gorących kąpieli w okolicy Hveravellir. Na złagodzenie wrażeń pozytywnie wpłynęły bulgoczące termalne źródła i tryskające gejzery. Gdyby nie tego typu "przerywniki", byłoby z nami ciężko. Zwieńczeniem tej morderczej podróży były kolejne widowiska przyrodnicze. Wodospad Gullfoss liczy ponad 30 metrów i jest niewątpliwie jednym z najpiękniejszych.
Z powodu cudownie prześwietlanych w słoneczne popołudnie oparów unoszących się nad wodą zwany jest "Złotym". Tyle szczęścia może nie mieliśmy jeśli o słońce chodzi, ale za to kilka kilometrów dalej udało się nam zobaczyć gejzer Strokkur w akcji. Kilka razy w ciągu godziny z otworu o średnicy około 3 m wyrzucany jest gwałtownie niebiesko-zielony pióropusz wrzątku.
Kopuła tej gorącej fontanny sięga 20, niekiedy 30 metrów, po czym para z sykiem ulatuje i wody znów się uspokajają. Za chwilę spektakl daje bis. Świadomość, że pod tym podziemnym zbiornikiem wodnym płynie magma podwyższa ciśnienie i serce bije szybciej. Zdaje się, że znajdujemy się na swojego rodzaju bombie. Oby wybuchy nie zmieniły swojej formy...
Epilog
Niestety, czas nieubłaganie wyznaczał moment, w którym trzeba wracać. Spędziliśmy tu 35 dni, podczas których na liczniku wybiło ponad 1700 km. Była to najtrudniejsza wyprawa, jakiej kiedykolwiek doświadczyliśmy. Mimo iż zdarzały się chwile zwątpienia, czekając na odprawę już tęskniliśmy za Islandią.
Wiele miejsc zostało przez nas nieodkrytych, na przetarcie czeka tyle dróg. Przewodniki opisują zaledwie garstkę tego, czym zachwycić może Islandia. Dlatego jeszcze przed tą podróżą postanowiliśmy, że zaowocuje ona stworzeniem przewodnika geoturystycznego, który będzie służył nie tylko miłośnikom geologii, ale także każdemu, kto zapragnie zatracić się w niesamowitych islandzkich krajobrazach.

bikeBoard
Zamierzamy opracować szlak rowerowy, który oprowadzi po najciekawszych obiektach geologicznych wyspy. W tym celu dane wybranych punktów wprowadzaliśmy do GPS-u i opisywaliśmy w dzienniku wyprawy. Każde z nas starało się też poszerzyć swoją wiedzę w zakresie uczelnianej specjalizacji, np. Dorota zgłębiała tajniki struktur tektonicznych oraz procesów wulkanicznych, z kolei Łukasz szczególną uwagę poświęcał wykorzystywaniu energii geotermalnej, głównego źródła energii na Islandii.
Mieliśmy przyjemność zwiedzić dwie największe elektrownie Nesjavellir oraz Reykjanes. Magicznym kluczem otwierającym miejsca, do których nie mają wstępu zwykłe wycieczki, okazała się angielska nazwa naszej uczelni - University of Science and Technology.
Przed wyprawą spotkaliśmy się z opiniami, że kto choć raz był na Islandii, będzie chciał tam wrócić. W przypadku pewnej osoby z naszego teamu (Krysi) nastąpi to szybciej niż można było przypuszczać. Pozostaje tylko pozazdrościć.
Strona internetowa wyprawy: www.georower.comuv.com.











~silma
się opisy Waszych przygód. Trochę też dowiedziałam się o sprzęcie, z jakiego korzystaliście. Szk...
~klaudyna
Może odpowiedzą?
~eliza
lata z rzędu, klimat nie jest taki zły. Byłam również zimą w Reykjawiku, widziałam więcej słońca...
~:)
w Polsce. Dlatego nastepna zime (okres okoloBozonarodzeniowy)chcemy spedzic z rodzina w Polsce, ...
~he he:)
na Islandii juz 8 lat, i jakos nie moge sie przyzwyczaic do tej pogody. Ale i nie tylko ja. Jak ...
~SIGH
naprawde zwiedzilem duzo fajnych miejsc.Nie mogłem przestawić sie na nasze upały
~abc
zieleni, bez tego człowiek wychowany w naszej strefie klimatycznej popada w depresje, niby można...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »