Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Droga do Stambułu: Na krawędzi Europy

Aby przeżyć przygodę wcale nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata. Trasa wyprawy Piotra i Pawła wiodła przez nieodległe i pozornie dobrze znane kraje europejskie, a mimo to dostarczyła mnóstwa wrażeń, które długo pozostaną w ich pamięci. Wszystko dlatego, że świat z rowerowego siodełka wygląda zdecydowanie inaczej.

Wschód słońca nad Stambułem.
Wschód słońca nad Stambułem. /123RF/PICSEL

Stambuł był punktem zwrotnym na naszej trasie - granicą, za którą podróż objęłaby już nie tylko Europę, ale także i Azję. W czasie całej wyprawy spotykały nas w większości zdarzenia sympatyczne, pozytywne, czasami nietypowe i oczywiście śmieszne. Bywały jednak także sytuacje trochę niebezpieczne, ale zawsze kończyły się dobrze, widocznie mieliśmy dużo szczęścia. Może dlatego, że w drogę wyruszyliśmy w prima-aprilis...

No highway

Wielkanoc witaliśmy będąc w Słowenii. Do Chorwacji mój towarzysz chciał wprowadzić nas nieoficjalną, "zieloną granicą", jednak miejscowi odradzali nam takie rozwiązanie. Musieliśmy zmienić plany i nadłożyć kilka kilometrów, by na nowo wytyczonej trasie natrafić na... autostradę. Obejrzeliśmy mapy. Paweł przekonał mnie, że to zaledwie kilka kilometrów, natomiast jeśli zawrócimy na inną drogę, będzie nas czekał spory kawałek do pokonania.

Jechaliśmy więc poboczem autostrady. Paweł zniknął gdzieś przede mną, a ja co jakiś czas widziałem znaki informujące, iż trasa jest monitorowana. Miałem złe przeczucie. No i stało się - na kilometr przed przejściem granicznym zatrzymała mnie policja. Z radiowozu wysiadło dwóch policjantów i policjantka. Zacząłem mówić pierwszy, po angielsku. Tłumaczyłem, że na mapie nie było zaznaczonej autostrady.

Opowiadałem o tym, że mój kolega jest szybszy i jest teraz gdzieś z przodu - ze wszystkimi mapami, oczywiście. Cały czas podkreślałem, że wiem o tym, iż nie wolno rowerem jeździć autostradami. Pani funkcjonariuszka, najlepiej mówiąca po angielsku, poprosiła mnie o dokumenty i zapytała skąd jestem, oraz dokąd zmierzam.

Podałem jej swój paszport odpowiadając, że jestem Polakiem i jadę do Stambułu. To wywołało u policjantów spore rozbawienie. Chyba w pierwszym momencie nie wzięli moich słów do końca na poważnie. Przez chwilę dyskutowali po słoweńsku i oglądali paszport. Moja wiarygodność w ich oczach wzrosła, po tym jak otworzyli go na stronach z wizami do kilku krajów azjatyckich.

Prawdopodobnie wtedy dostrzegli we mnie podróżnika i zaczęli mi wierzyć. Paszport dostałem z powrotem wraz z pouczeniem, by przy pobliskim zjeździe opuścić autostradę i skierować się na mniejsze przejście graniczne równoległe do tego, które miałem przed sobą. Jeden z policjantów tonem przypominającym ojcowskie napomnienie powiedział: "no highway!", potem wszyscy odjechali. Po chwili trafiłem na czekającego na mnie Pawła. Opowiedziałem mu całe zdarzenie dodając, żeby więcej nie prowadził nas autostradami.

Albania: Zachód słońca wydziany z przełęczy Krabbe. /fot. Piotr Herla
bikeBoard

Burek - przyjaciel na całe życie

- Valentina, czego powinienem skosztować w twoim kraju? - zapytałem przed wyjazdem znajomą z Chorwacji. Odpowiedź brzmiała: "Na pewno burka..."

Podczas jednego z postojów w Chorwacji wybrałem się do piekarni. Leżał tam w formie sporego placka pokrojonego na cztery kawałki. Był złocisty, zrobiony z przypominającego francuskie, warstwowego ciasta wypełnionego farszem. Do wyboru były dwa rodzaje - z serem i z mięsem. Poprosiłem o serowy. Zjadłem go na plaży w 10 minut i wróciłem po kolejny kawałek - tym razem z mięsem.

Zakochałem się w burku. Od tej pory dzień bez mojej ukochanej potrawy był nie do pomyślenia. Potrafiłem zjadać po kilka kawałków dziennie. Ku mojej wielkiej uciesze burek choć w różnych odmianach i pod nieco innymi nazwami towarzyszył mi do Turcji a potem jeszcze w drodze powrotnej, aż do Bułgarii. W Albanii kupowałem "byrek", w Grecji "bouréki", Turcji "börek", a w Bułgarii "byurek".

W Rumunii już niestety, burka nie było. Co ciekawe, Paweł nigdy tej potrawy nie spróbował. Kosztowanie obcych przysmaków w ogóle go nie pociągało, a przez całą podróż jego głównym pożywieniem były chleb i mleko.

Memet i czarny krzyż

Aby móc wziąć porządny, ciepły prysznic i wyspać się w wygodnym łóżku, co kilka dni decydowaliśmy się na nocleg w hotelu lub na prywatnych kwaterach. W Czarnogórze za możliwość wynajęcia na noc pokoju, po krótkich targach z właścicielką domu, zapłaciliśmy 7 euro od osoby. Dodatkową kartą przetargową, abyśmy zatrzymali się właśnie u niej była propozycja, że przed snem na rozgrzanie da nam palinkę. Zostaliśmy.

Gospodyni zjawiła się po chwili, dzierżąc w ręce pokaźnych rozmiarów butelkę z domowym trunkiem. Wewnątrz naczynia znajdował się duży czarny krzyż. Pani gospodarz nauczyła nas wznosić toast w jej ojczystym języku - "Zivjeli!".

Bułgaria. Posiłek w Burgas. /fot. Piotr Herla bikeBoard
Palinka była dobra, więc wznosiliśmy go nawet dwukrotnie. Takich sympatycznych i życzliwych ludzi spotykaliśmy właściwie przez całą podróż. Drugiego dnia pobytu w Turcji poznałem Memeta. Był emerytowanym oficerem marynarki, dobrze mówił po angielsku. Po 15 minutowej rozmowie, zapytałem go, gdzie można w okolicy dobrze i dużo zjeść.

Zaproponował, że zaprowadzi mnie w pewne miejsce. Po drodze powiedział, że serwują tam kebaby podawane w połówce chleba oraz kwaśne mleko. Na miejscu usadowił mnie przy stoliku i zamówił dla mnie posiłek. Zaraz po tym pożegnał się ze mną i poszedł w stronę kasy.


Widziałem jak płaci za moją strawę i wychodzi z restauracji. Zatrzymał się jeszcze na chwilę w drzwiach, by pomachać mi na pożegnanie.

Tirana "bajk szop"

W Chorwacji zaczęła się "czarna passa" łapania gum. Raz po raz pękały dętki w kolarzówce Pawła. Czasem dwie naraz. W końcu pękła również opona. Po serii zabiegów - zaklejaniu jej łatkami, kawałkami gumy, a nawet zszyciu, Paweł mógł jechać dalej. Opona mogła się jednak rozpaść w każdej chwili, a wtedy nie moglibyśmy kontynuować wyprawy.

Trzeba było rozglądnąć się za nową. Szybko okazało się, że nie będzie to takie proste. Sklepu sprzedającego opony do kolarzówek nie znaleźliśmy ani w Dubrowniku, ani w większych miejscowościach w Czarnogórze. Sądząc, iż mamy na to znikome szanse także w Tiranie, postanowiliśmy ją ominąć i skierować się od razu na Saloniki.

Drogi były kiepsko oznaczone i na przekór naszym planom dojechaliśmy do stolicy Albanii. Będąc tam, postanowiliśmy spróbować szczęścia i zaczęliśmy pytać o "bike shop". Spotkane osoby albo w ogóle, albo bardzo słabo mówiły po angielsku. W końcu dwóch nastolatków zaprowadziło nas do miejsca, gdzie wymieniona miała być feralna opona.

Gdy tam doszliśmy zobaczyliśmy niewielką, blaszaną budę stojącą w bocznej uliczce. Była zamknięta. Właściciel siedział jednak w pobliskim barze i za chwilę przyszedł nam pomóc. Buda okazała się być warsztatem naprawczym "od wszystkiego". Majster wygrzebał wśród sterty rupieci jakąś starą oponę, która o dziwo pasowała do roweru Pawła! Cała usługa kosztowała zaledwie 2 euro. Dla nas była jednak bezcenna.

Chorwacja: Perła wybrzeża - Dubrownik. /fot. Piotr Herla
bikeBoard

Nie był to niestety koniec napraw. W drodze powrotnej do Polski, oprócz łapania kolejnych "gum", w trakcie dopompowywania popsuł się wentyl w dętce Pawła. Okazało się, że ostatnią zapasową, zużył jeszcze w Chorwacji do załatania opony. Jedynym rozwiązaniem okazało się użycie mojej "crossowej" dętki do jego koła. Na takim substytucie udało mu się jechać cały dzień, aż do Burgas. Dopiero w tym nadmorskim kurorcie znaleźliśmy dobrze zaopatrzony sklep rowerowy.

Czteropasmówka

Po trzech tygodniach i dwóch dniach dotarliśmy do celu naszej podróży. Wjazd do Istambułu okazał się wyczynem dość ekstremalnym. Na jednym z rozjazdów straciliśmy z Pawłem kontakt wzrokowy i resztę drogi do centrum każdy z nas pokonywał na własną rękę. Jechałem najpierw dwu-, potem trzy-, a na końcu czteropasmową drogą (!). Wyobraźcie sobie w takim miejscu rowerzystę.

Trudno opisać uczucie towarzyszące jeździe, między mknącymi (często powyżej 100 km/h) samochodami. Do drogi co chwila dołączały inne, dojazdowe, albo znajdował się jakiś zjazd. To nie było miejsce dla roweru. Przyznaję, że bałem się nie na żarty. Kierując się znakami "Topkapi" po trzech godzinach mocnych przeżyć dojechałem do turystycznego centrum miasta. Wysłałem Pawłowi sms-a, żeby spotkać się przy meczecie Hagia Sofia.

Chorwacja. Park Narodowy Jezior Plitwickich. /fot. Piotr Herla bikeBoard

Wyjazd nie był już tak straszny jak wjazd chociaż bardzo długi. Miasto wydawało ciągnąć się w nieskończoność. Co prawda Paweł zgubił mapę, ale wiedzieliśmy, że mamy kierować się do miejscowości Kirkarelli. Na szczęście w tym w kierunku prowadziła zwykła drogą z jedną jezdnią. Jechaliśmy nawet po zapadnięciu zmroku, ale było to konieczne, by móc znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. W pewnym momencie od roweru Pawła odpadła tylna lampka. Zanim zdążył ją podnieść z ulicy, już została rozjechana przez ciężarówkę. Musiałem od tej pory jechać tuż za nim, by lampka przy moim rowerze służyła nam obydwu.


Kapusta i dziki

W czasie podróży przyszło nam nocować w różnych miejscach. Tych miejsc, z różnych względów, nigdy nie zapomnę. W Albanii, gdy dotarliśmy na przełęcz Krrabë, rozbiliśmy namiot pośród gór, na wysokości około 900 metrów. Słońce właśnie zachodziło - widoki były przecudowne.

Z innych powodów zapamiętam nocleg w niewielkim zagajniku w Austrii - miejsce prawie idealne, gdyby nie fakt, że wszędzie leżały porozrzucane główki nadpsutej już lekko kapusty. Widać tamtejsi rolnicy w ten sposób pozbywają się zbędnych odpadków. Ponieważ było już ciemno, wspólnie z Pawłem postanowiliśmy tam zostać. I tak, wśród lekko kapuścianego zapaszku spędzaliśmy noc.

Były też miejsca bardzo niewdzięczne, jak to w Chorwacji, gdzie sięgająca powyżej łydek sucha trawa skrywała ostre kamienie i skałki. Chodziliśmy po nich dźwigając na ramionach rowery i sakwy. Łatwo można było skręcić nogę lub się pokaleczyć.

Czarnogórski kurort wypoczynkowy - Sveti Stefan. /fot. Piotr Herla bikeBoard

Tanie, pompowane materace, które kupiliśmy w "Tesco" okazały się beznadziejnie kiepskie. Paweł wyrzucił własny jeszcze w Austrii, bo był dziurawy. W zamian, przed każdym noclegiem do dużej wodoszczelnej płachty zbierał codziennie suche liście, gałązki lub trawę. Takie "posłanie" umieszczał w namiocie. Rano zawartość płachty wyrzucał i w drogę. Trzeba przyznać, że ten "survivalowy" pomysł sprawdzał się doskonale. Zasypiając w lesie słyszeliśmy czasami kręcące się wokół namiotu zwierzęta, najczęściej sarny. Pewnego ranka Paweł powiedział mi, że w nocy odwiedziły nas dziki i strasznie hałasowały. Ja jednak spałem jak zabity i nic nie słyszałem.

Nie ufaj konduktorom

W Rumunii, po miesiącu wspólnej jazdy rozdzieliliśmy się z Pawłem. Będąc w Cluj poszedłem zaopatrzyć się w brakujące mapy. W czasie, gdy rozmawiałem ze sprzedawczynią (w języku wyspiarzy), do księgarni weszło dwóch młodych mężczyzn i dziewczyna. Zwrócili się do mnie po polsku, pytając czy znam tu dobre miejsce na nocleg. Byłem zaskoczony.

Czym mogłem zdradzić swoje pochodzenie? Po chwili wyszło na jaw, że "zdemaskowały" mnie sakwy "Crosso"! Rodacy zaprosili mnie na kawę, chętnie się zgodziłem. Okazało się, że dużo podróżują, także na rowerach. Rozmowę, którą zaczęliśmy od chwalenia sakw, zakończyliśmy na bardzo wdzięcznym temacie - rumuńskiej kuchni.

Noc z drugiego na trzeciego maja była potwornie zimna. Pomimo tego, że włożyłem na siebie wszystkie ubrania i tak nad ranem byłem potwornie przemarznięty. Na namiocie była gruba warstwa szronu. Niewyspany i w kiepskim humorze, zdecydowałem, że wrócę do domu pociągiem. Nie miałem potrzeby udowadniania sobie niczego, ani nadwyrężania swojego zdrowia.

Zawróciłem do Cluj, gdzie 4 maja nad ranem wsiadłem do pociągu. Wybrałem połączenie do Krakowa z przesiadką w Alba Iulia. Za przewiezienie roweru, w pierwszym pociągu zapłaciłem u konduktora 35 leji. Rower został przez niego wstawiony do ubikacji. W drugim konduktor skierował mnie z rowerem do ostatniego przedziału i nie wypisując mi biletu wziął jedynie10 leji.

Na granicy rumuńsko-węgierskiej od węgierskiego konduktora dowiedziałem się, że "Crakovia" to przednia część pociągu i właśnie jest on rozdzielany, więc gdy tylko celnik sprawdzi moje dokumenty, mam przenieść się do pierwszych przedziałów. Czekałem na celnika kwadrans. Pokazałem mu paszport i błyskawicznie pobiegłem z rowerem na przód pociągu. Za późno - pociąg już zdążył się oddzielić. Konduktor powiedział mi, że mam problem bo mój bilet, nie obejmuje trasy którą aktualnie jechał pociąg.

Turcja. Dziedziniec Błękitnego Meczetu w Stambule. /fot. Piotr Herla bikeBoard
Odpowiedziałem, że postąpiłem na granicy dokładnie jak kazał, na co odparł, że jedyne co może zrobić, to pozwolić mi dojechać tym pociągiem do końcowej stacji, jaką jest Budapeszt. Sytuacja była kiepska, bo nie miałem już pieniędzy, by kupić kolejny bilet. Powiedziałem o tym konduktorowi i zapytałem, czy nie da się jeszcze czegoś zrobić.

On przejrzał rozkład, szukając dla mnie możliwości powrotu. Po chwili okazało się, że wciąż jeszcze jedziemy równolegle z moim "właściwym" pociągiem i że na stację, do której właśnie się zbliżaliśmy dojedziemy trzy minuty po tym, jak tamten odjedzie. Zapytałem więc, czy możliwe byłoby zatrzymanie "Crakovii" przez te kilka minut na stacji. Konduktor odpowiedział, że spróbuje, ale "pociąg to nie autobus" i jest tylko 10% szansy, po czym wyszedł z przedziału.

Po chwili oczekiwania poszedłem dowiedzieć się czy się udało. Niestety nie. Rozgoryczony poprosiłem go o numer służbowy i nazwisko. Sądziłem, że dobrze będzie je znać przy ewentualnej próbie wskórania czegoś na stacji w Budapeszcie. Speszony odpowiedział, że nie może mi go podać. Chyba przestraszył się, że złożę na niego skargę.

Drugi konduktor, nie mówiący po angielsku, po wysłuchaniu krótkiego wyjaśnienia od pierwszego, powiedział do mnie "no information". Kiedy rozmyślałem, co dalej zrobić pojawił się konduktor mówiąc, że znalazł dla mnie jeszcze jedną możliwość na przesiadkę do "Crakovii". Na najbliższej stacji miałem przesiąść się do pociągu do Hatvan i tam dojechać.

Jeśli wszystko przebiegłoby według rozkładu, w Hatvan miałem zaledwie 4 minuty, by znaleźć właściwy pociąg. Było sporo biegania po peronach i stresu, ale udało się i byłem znowu w pociągu do domu! Część wagonów zostawała w Miszkolc, lecz tym razem odpowiednio wcześnie przeniosłem się do właściwych. I zupełnie spokojnie, po 35 dniach podróży, dojechałem do Krakowa.

Tekst: Piotr Herla
Artykuł pochodzi z miesięcznika bikeBoard

źródło informacji: Materiał pochodzi z magazynu
bikeBoard

Więcej o:
Stambuł,
drogi,
droga,
turystyka,
podróże,
wycieczki,
rowery

Warto zobaczyć

ROWER - warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Wasze komentarze (5)

Dodaj komentarz

~KLARA -

Brawo Piotr, za wytrwałość i fajny opis, czytam go dopiero w 2015, ale nie stracił chyba na aktualności

~Sylwia -

Co prawda w Stambule jeszcze nie byłam, ale sama Turcja bardzo mi się podoba, ten kraj ma coś w sobie, że chce się tam wrócić, największe wrażenie zrobiła na mnie Kapadocja, byliśmy ze znajomymi w Alanya i sporo imprezowaliśmy, jest tam dużo świetnych klubów z cudowną muzyką, do Stambułu na pewno jeszcze się wybierzemy, a narazie przed nami święta w Bodrum, trafiliśmy na atrakcyjna ofertę w alfa starze, i postanowiliśmy te święta spędzić inaczej, poprostu wyjeżdżając.

~Kasia -

Paulina jest zbyt wrażliwa! Jeśli Stambuł, to wyłącznie indywidualnie! Zamiast płacić za rejs turystyczny 20 euro/ osobę, kupujesz bilet na wodolot i przepływasz Bosfor za 3,5 zł! Zamiast biegać za przewodnikiem i grupą, przewodnik wrzucasz do kieszeni i zwiedzasz miasto w swoim rytmie. Ale co kto lubi...

~Brouli -

Nie Stambuł ale Konstantynopol!

~Paulina -

Ludzie, tylko nie indywidualne pobyty w Stambule. Byłam tam z rodziną i mogę powiedzieć, że nie mam zamiaru tam wracać. Ciagle nas ktoś nagabywał. Mnie blondynkę w hotelu masażysta "za bardzo" chciał pomasować, więc z krzykiem wybiegłam. W restauracji nie można się dogadać. Niby na początku miło, a potem okazuje się, że nie to samo jest na rachunku. TRZEBA ICH CIĄGLE KONTROLOWAĆ. Terminal 1 to dramat. Tłok, smród, zaspane dzieci mi się leją na rękach ze zmęczenia, a oni mi każą stać w dwóch kolejkach: po wizę i po pieczątkę. Dramat.