Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Białoruś: Prawie jak na Kubie

Fidel Castro jest dziś żywą legendą, a kraj, w którym rządzi, przyciąga podróżników z całego świata. Zainteresowanie tą "wyspą" (w przenośni i dosłownie) jest ogromne.

fot. Ludwik Sieczkowski, Daniel Klawczyński
fot. Ludwik Sieczkowski, Daniel Klawczyński /bikeBoard

Zastanawiałem się dlaczego tak niewielu poszukiwaczy przygód z Polski eksploruje sąsiednią Białoruś, państwo, które można by nazwać Kubą Europy.

To kraj na wskroś dziwaczny, ale przez to niebywale interesujący. Prawdziwy oryginał na starym kontynencie - tylko tam wciąż trwa dyktatura. Twórca tego stanu, Łukaszenka, nie dorówna raczej popularnością Fidelowi, lecz za jego sprawą możemy dziś cofnąć się w czasie i zobaczyć, jak żyło się w komunizmie. Tylko czy wolno nam podróżować tam na rowerze? Czy warto tam pojechać?

Owszem. Białoruś jest być może nawet dużo rozsądniejszym kierunkiem turystycznych wojaży niż wiele innych miejsc na świecie.

Niektórzy skarżą się, że za dużo tam mundurowych i smutnych panów w cywilu. To państwo milicyjne. Tylko czy zwykłemu turyście mogą oni w jakikolwiek sposób zaszkodzić? Nie sądzę.

Spokojnych obywateli nie ruszają. No chyba, że znajdą w sakwach ulotki opozycyjne... W praktyce przekłada się to na porządek publiczny. Na dworcach kolejowych nie uświadczy się tu śpiących na ławkach bezdomnych, o burdach i rozbojach już nie wspominając. We wszystkich newralgicznych punktach spacerują funkcjonariusze, w tym barczyści panowie z OMON-u. Nie ma tam niestety miejsca dla opozycji, lecz przy okazji zrobiono porządek z chuliganami i bandytami, co jest akurat jedynym pozytywem tej sytuacji. Nie popieram jej, a tylko stwierdzam jak jest.

Przyjechać nie tylko warto, ale i trzeba. Przecież piękno krajobrazu Białorusi zapiera dech w piersiach, kusi swym niepowtarzalnym urokiem - zaprasza! Berezyna wijąca się niezliczonymi meandrami przez równinny pejzaż, rozległe bagniska i łąki nad Prypecią nazywaną czasem białoruską Amazonką, niezmierzone wprost lasy, sosny i brzozy. To tylko ułamek tutejszych atrakcji. Ważnym elementem podróży po tym kraju są dla nas akcenty polskie - rodacy żyjący na obczyźnie i ślady polskiej przeszłości. To przecież kresy dawnej Rzeczypospolitej, która sięgała prawie pod Mińsk.

Do smaczków zaliczyłbym także komunistyczne parafernalia, które spotkać można na każdym kroku - pomniki Lenina, gigantyczne malowidła ścienne przedstawiające uśmiechniętych komsomolców i hardych żołnierzy, kołchozy o dźwięcznych nazwach Październik, Bolszewik czy Ilijcz, wszystkie te sierpy i młoty. Tworzą one swoisty koloryt i atmosferę, której nie odczujemy już nigdzie indziej w Europie. Zapraszamy na Białoruś! Tu o nic nie musicie się troszczyć - Łukaszenka wskaże wam szerokim gestem drogę ku lepszej przyszłości.

Granica

Docieramy do Kuźnicy Białostockiej. Tędy przebiega granica Polski i Białorusi, ba - tutaj kończy się Unia Europejska. Za szlabanem zaczyna się ZBIR. Tu trzeba mieć paszport i wizę. Na szczęście jesteśmy przygotowani, więc z wjazdem na Białoruś nie powinno być problemu. Nie powinno, ale...

Nasi przepuszczają, żołnierz białoruski zatrzymuje. " - Na rowerach nie można". Delikatna propozycja "dogadania się" napotyka stanowczą odmowę!? Żołnierz sugeruje żebyśmy umieścili rowery w jednym z oczekujących busów, wówczas "niet probliema".

Wypełniamy jeszcze jakieś dziwne karteczki wpisując (przyznaję ze wstydem) fikcyjne dane. Inaczej jednak się nie da, bo... druczki nie przewidują podróżowania po tym kraju rowerem, w dodatku nocując codziennie w innym miejscu. Jadąc na wyprawę w kierunku wschodnim trzeba być przygotowanym na podobne niespodzianki.

Przez pola, łąki i lasy

Ruch na drogach, którymi jedziemy, jest niewielki. Nawet na odcinkach prowadzących do przejść granicznych. A samochody? Jak z muzeum techniki: Ził, Gaz, Maz, Żiguli. Pojazdy w wieku ponad dwudziestu lat nie są tu rzadkością. Pomiędzy nimi pojawiają się pojedyncze modele nowych, zachodnich aut i sporadycznie samochody osobowe z zagraniczną rejestracją.

Od Grodna teren jest raczej płaski. Krajobraz monotonny. Pola uprawne, głównie zbóż urozmaicone niekiedy kępami drzew. Na granicy terenów uprawnych lasy i łąki. Na łąkach widać pasące się stada krów pilnowane przez pastuchów. U nas zajęcie to zniknęło chyba wraz z pojawieniem się pastuchów elektrycznych.

Na Białorusi trwa jednak intensywna walka z bezrobociem, które jest likwidowane na wszelkie możliwe sposoby. Można to także zaobserwować w niektórych sklepach, gdzie zamiast jednej sprzedawczyni obsługują dwie a często trzy. Chcąc kupić np. produkty spożywcze musimy najpierw zdecydować, co chcemy, wówczas pani ekspedientka wypisuje nam wybrane produkty na karteczce. Następnie z listą tą udajemy się do kasy, płacimy, a następnie udajemy się do innej pani, która wydaje nam towar. Podobne archaizmy rodem z głębokiej komuny obserwujemy tu na każdym kroku.

Lenin wiecznie żywy

Kiedy zbliżamy się do Nowogródka krajobraz staje się bardziej urozmaicony, pojawiają się wzniesienia. Dalej w stronę Pińska znowu płasko. Zaczynają się podmokłe łąki, lasy i bagna.

Widok miast, które odwiedzamy, miło nas zaskakuje. Stare kamienice na głównych ulicach sprawiają wrażenie jakby wczoraj zakończono ich remont. Na murach nie widać graffiti. Ulice są czyste i schludne. Na przystankach autobusowych nie widać niedopałków i śmieci! Zwraca uwagę mała liczba szyldów i reklam. Ich brak powoduje, że chcąc znaleźć sklep spożywczy w pierwszej chwili czuję się zagubiony!

Bardzo podobnie wyglądają inne miasta, przez które jedziemy: Lida, Nowogródek, Baranowicze, Pińsk, Drohiczyn. Uwagę przykuwają nazwy ulic - Lenina i Sowiecka są chyba w każdym mijanym przez nas mieście. Na głównych placach stoją pomniki wodza rewolucji. Pomnik w Pińsku podobno jest największym pomnikiem Lenina w byłym Związku Radzieckim. Najbardziej jednak zaskoczeni jesteśmy ulicznymi galeriami portretów przodowników pracy!

Przedmieścia miast wyglądają nieco gorzej niż centrum. To mieszanka starych drewnianych chałup i betonowych bloków mieszkalnych.

Wsi spokojna...?

Omijając główne drogi wstępujemy do wiosek. Tu kończy się asfalt i zaczynają drogi szutrowe i polne. Takich miejscowości jak na Białorusi nie widziałem nigdzie.

Architektura niemal w stu procentach drewniana. W obejściach ogrodzonych płotami znajdują się kilkudziesięcioletnie domy i zabudowania gospodarcze. Niektóre, sprawiające wrażenie opuszczonych są zamieszkałe. Gdyby nie wszechobecny eternit to miałbym wrażenie, że cofnąłem się do początku ubiegłego wieku.

Znaczna część domów mimo swoich lat jest dobrze utrzymana. Okiennice, ramy okienne, naroża lub całe budynki są pomalowane w jasne kolory: niebieski, żółty, zielony. Biednie, ale kolorowo. Otoczenie domów i te kilkanaście arów ziemi, jakie otrzymują ich mieszkańcy od kołchozu, są przeznaczone na ogród. Przydomowe ogródki są ważnym źródłem utrzymania dla ich właścicieli, których zarobki są niskie.

Ten sposób zagospodarowania działki wokół domów widać również w miastach. Rzadkością są tu, tak popularne u nas, trawniki obsadzone iglakami i innymi ozdobnymi roślinami.

Wieś zamieszkują w większości starzy ludzie. Przedsiębiorcza młodzież wyjechała. Jak mówią mieszkańcy "wieś białoruska umiera".

Ludzie żyją tu skromnie...

Już na początku planowania wyjazdu zakładamy, że nocować będziemy w plebaniach kościołów katolickich. Na trasie, którą sobie wyznaczyliśmy, poza miastami o nocleg raczej trudno. Poza tym nocleg w hotelu to nie jest najlepszy sposób na poznanie życia zwykłych ludzi. A taki właśnie był główny cel tej wyprawy.

źródło informacji: Materiał pochodzi z magazynu
bikeBoard

Więcej o:
Białoruś,
rower,
trasy

Dodatki

Warto zobaczyć

ROWER - warto zobaczyć

temp: 14/22 °C ciśnienie: 1010 hPa, rośnie

  • JUTRO 15/23 °C
  • POJUTRZE 14/22 °C
  • więcej »


Informacje dodatkowe