Plan wyjazdu był prosty: dojechać bezpośrednim pociągiem z Warszawy do Astany - stolicy Kazachstanu, następnie przesiąść się w pociąg do Almaty, a stamtąd przez Kirgistan rowerami do Duszanbe w Tadżykistanie. Do przejechania jakieś 2500 km w 41 dni. Powrót samolotem.
Wyzwanie było ambitne. Największy na świecie kontynent słynie z tego, że broni się praktycznie na wszystkich polach. Jego oręż to srogi klimat, niezmierzone góry, pustynie suche jak pieprz i rwące, szerokie rzeki.
Najbardziej obawialiśmy się jednak przeszkody zupełnie innej natury, silniejszej zdaje się od wszystkich wcześniej wymienionych razem wziętych - biurokracji. Udało się chyba tylko dla tego, że pod tym względem wiele zmieniło się ostatnio na lepsze. Na dzień przed wyjazdem odebraliśmy ostatnią wizę. Mogliśmy ruszać.
Już po pięciu dniach...
...dotarliśmy do Astany, stolicy Kazachstanu. Wielkie miasto wybudowane na bezludnych półpustynnych stepach. Panują tam trudne warunki klimatyczne, temperatura zimą może spadać nawet do minus 40 st. C. Widok nowoczesnych wieżowców w takim miejscu może trochę dziwić, ale wzięliśmy na to poprawkę - przecież to Azja, a tu możliwe jest naprawdę wszystko. Ktoś kiedyś próbował tu nawet odwrócić bieg rzeki. No i udało się!Po kilkugodzinnym rowerowym zwiedzaniu wyglądającego na opustoszałe miasta, znów zapakowaliśmy się do pociągu. To prawdopodobnie ostatnie 22 godziny, które pozostały do dotarcia na miejsce, skąd mieliśmy wyruszyć już na dwóch kółkach. W sumie 6 dni w podróży - nieźle co? Dla niektórych to już prawie polowa urlopu. Na szczęście mieliśmy trochę więcej czasu do dyspozycji.
Almaty (Ałma-Ata), do niedawna stolica Kazachstanu, powitała nas gorąco. Mimo wczesnej pory czuliśmy się jak popcorn w rozgrzanym garze. Gdyby zdjąć buty i przejść się po ulicy to zapewne podskakiwalibyśmy podobnie jak ta strzelająca na gorącym oleju kukurydza. Ucieczka w cień nic nie pomagała. Pomimo piekarnikowych warunków próbowaliśmy wyjechać za miasto. Powoli obieraliśmy zaplanowany kierunek.
Aby ominąć główną drogę pełną rozklekotanych, smrodzących i trąbiących kamazów, ZIŁ-ów, krazów itp. wykombinowaliśmy sobie skrót. Sprawdziło się niestety powiedzenie: kto drogi skraca... Po nadrobieniu kilometrów sytuacja została opanowana i w końcu znów zawitaliśmy na pachnącej dieslowskimi spalinkami szosie. I tak już było do wieczora.
Gdy nadeszła odpowiednia pora skręciliśmy w jedną z bocznych dróg, by znaleźć miejsce pod obozowisko. Tutaj odczuliśmy w praktyce to, o czym wcześniej słyszeliśmy tylko z opowiadań. Opiewana przez podróżników rzekoma gościnność panująca w tych stronach to nie mit.
Na razie, pomimo licznych zaproszeń na nocleg do domu, wybieramy jednak kołderkę upstrzoną gwiazdami. Póki co nie tęskno nam do ludzi, pragniemy raczej doświadczyć tej wolności, której na co dzień doświadczają koczownicze azjatyckie ludy. Po tę przestrzeń właśnie tu przyjechaliśmy. Choć przez moment zapomnieć, że istnieją ściany, dachy - zamiast nich tylko niebo i wiatr!
Na dojazd do granicy mieliśmy tylko 4 dni, ponieważ w Kazachstanie (zresztą podobnie jak i w innych państwach tworzących niegdyś ZSRR) istnieje obowiązek rejestracji w przeciągu 5 dni. Ale załatwianie związanych z tym formalności nie było nam na rękę - strata czasu, a niekiedy i gotówki, a poza tym nie po drodze. Pozostawało więc cisnąć co sił w nogach do granicy z sąsiednim Kirgistanem.
Nie było to jednak takie łatwe, teren dyktował twarde warunki. Gdy z płaskiego stepu wjeżdżaliśmy w pierwsze na trasie góry, byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Jak się potem okazało, w porównaniu z tym, co czekało dalej, były to zaledwie delikatne pofałdowania.
Po wdrapaniu się na ich grzbiety zaczął się jeden z płaskowyżów. Płaskie plato rozciągało się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów - totalna pustka, ruch na trasie minimalny. Widok wioski ze sklepem niezmiernie nas ucieszył. Mogliśmy napełnić "garby" zapasami na dalszą drogę. W tych warunkach szczególnie odczuwa się deficyt wody.
Dalej napotkaliśmy pierwsze znaki z oznaczeniami 12 proc. podjazdu - miały towarzyszyć nam prawie do końca wyjazdu. Coraz bardziej wymagające podjazdy były dla nas sygnałem, że zbliżamy się do kolejnego etapu naszej wyprawy, kraju górzystego tak, jak mało który na świecie.
Kirgiz schodzi z konia
Chłopak goni na koniu dziewczynę, żeby ją pocałować - jeśli wybranka ucieknie, zamieniają się rolami, ale dziewczyna ma w ręku bat - to jedna z konkurencji konnych zawodów organizowanych w Kirgistanie.
Dla potomków koczowników z Azji Centralnej koń jest czymś więcej niż tylko pożytecznym zwierzęciem - to niemal członek rodziny. I chociaż do Kirgizji już dawno zawitała motoryzacja, to wierzchowiec nadal cieszy się wielkim szacunkiem.
To państwo, w którym wciąż znaleźć można wiele z lokalnych rytów i kolorytów - akcenty typowe dla tego regionu świata. Turystów wabi różnorodność kulturalna (kraj ten zamieszkują przedstawiciele 154 narodowości i grup etnicznych!) oraz ciekawe ukształtowanie terenu - bogactwo gór. Stanowią one 93 proc. terytorium państwa.
Najwyższy jest położony na południowym wschodzie kraju łańcuch górski Tien-szan, gdzie znajduje się najwyższy szczyt Kirgistanu - Szczyt Zwycięstwa (kirg. Dżengisz Czokusu) o wysokości 7439 m n.p.m.
Zadziwiające jest, że co kilkanaście kilometrów góry i cały krajobraz zmieniały się jak w kalejdoskopie. Rano znowu wjechaliśmy na płaskowyż, lecz zupełnie inny. Wydawało się, że jesteśmy w całkiem w innych górach, w ogóle nie podobnych do tych, które pokonywaliśmy jeszcze wczoraj.
Zmiana widoków szła najczęściej w parze ze zmianą mikroklimatu. Z gorącej pustyni wkraczaliśmy w ciepłe zielone soczyste pastwiska.
Zmierzając w stronę Issyk-kul, drugiego co wielkości jeziora wysokogórskiego na świecie, mieliśmy okazję zaznać gościnności rodowitych Kirgizów. Zostaliśmy m.in. poczęstowani pysznym chlebem. Podobnych miłych gestów zaznaliśmy w ty kraju nie jeden raz.











~Zenek W-wa PL
i chęć a takze parę złoty to wracajcie tam po tą przestrzeń,która wprowadza w inny stan świadomo...
~maroco
opisu jaki prowiant wziąśc ,gdzie i co mozna dokupic.
~ad
dodaj komentarz »wszystkie wątki »