Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Austria: Alpy

Być zapalonym bikerem i nie jeździć w Alpach, to, jak dla pielgrzyma, nie widzieć papieża podczas wizyty w Rzymie.

Każdy chce zostawić tam ślad swoich opon
Każdy chce zostawić tam ślad swoich opon /bikeBoard

Musieliśmy więc zostawić ślad swoich opon na gładkich szutrach i wąskich, technicznych singlach w najwyższych, poza Kaukazem, europejskich górach.

Poza tym mieliśmy trochę za mało czasu na dalszą i bardziej egzotyczną eskapadę, a Alpy są oddalone o przysłowiowy rzut beretem, na dodatek nie trzeba się nawet zatrzymywać na granicach. Wybór Austrii spośród innych alpejskich krajów jako miejsca, gdzie mieliśmy jeździć był już tylko formalnością - toż to prawie nasi sąsiedzi, a wypad z południa Polski nawet do środkowych landów tego kraju jest z pewnością mniejszym podróżniczym przedsięwzięciem niż pokonanie trasy z Krakowa nad nasze morze.

"Piekło razy dwa"

Na początek chcieliśmy pojechać w Alpy mniej znane. Wybraliśmy się w okolice miasteczka Marizell. Trzeba przyznać, że nawet sama podróż, samochodem przez Austrię, w to miejsce była przyjemnością. Tomek jednak przespał całą część samochodową wycieczki. Jego umiłowanie snu jest tak duże, że gdyby się dało, to zmrużyłby też pewnie oko, nawet na rowerze.

Zanim ruszyliśmy na szlak zaopatrzyliśmy się w mapę okolicy i poszliśmy po radę do punktu informacji turystycznej.

- Czy można jeździć na rowerze po tych szlakach, które nie są zaznaczone jako rowerowe? - Tomek wodził palcem po mapie wskazując co bardziej wybitne szczyty w okolicy. - Tak, tak, można. O tutaj i na przykład tutaj. Korpulentna, młoda Austriaczka udawała, że nie rozumie. Radziła bujać się nam po nudnych szutrówkach z zaznaczonym tam trasą dla rowerów. My jednak uparcie wskazywaliśmy szlaki wykorzystane tylko przez kozice i najbardziej dziarskich turystów.

W końcu doczekaliśmy się odpowiedzi na tak śmiałe i bezczelne pytanie. Nein! Wyszliśmy niepocieszeni. Ok, pewnie dlatego, że w parku narodowym - pomyślałem i zaproponowałem chłopakom alternatywny cel do tego, na jaki ostrzyliśmy sobie zęby.

Żar tego dnia lał się z nieba taki, że normalni ludzie myśleli tylko o leżakowaniu w cieniu i kąpieli w jeziorze. Koło jednego nawet przejeżdżaliśmy i tylko nudystki na plaży wywołały u nas moment zawahania, ale nawet one nie były w stanie ściągnąć nas z rowerów. Byliśmy głodni jazdy. Wspaniale było rozprostować nogi, po wielu godzinach jazdy samochodem. Nasz dobry humor szybko się skończył kiedy po 100 metrach od zjazdu z asfaltu na fajną szutrówkę przywitał nas znak z zakazem wjazdu na rowerze... - No dobra, to może coś innego - pomyślałem. Szybko znaleźliśmy alternatywę.

Fot. Tomasz Dębiec
bikeBoard

Pieszy szlak, który wybraliśmy nie był zakazany, ale piekielnie trudny. Piekielny po dwakroć. Nie dość, że ścieżka często nie dawała szansy nawet na prowadzenie roweru i trzeba było go taszczyć na barach to jeszcze na dodatek z nieba lał się prawdziwy żar. - Wiecie, że dzisiaj jest najgorętszy dzień w historii Austrii? - pytali nas retorycznie napotkani turyści. Tak wiemy, mimo że nie słuchaliśmy wiadomości w radiu.

Woda z butelki znikała w moim gardle i zaraz pojawiała się na zewnątrz w postaci rzęsistego potu, ale nawet takie chłodzenie organizmu niewiele pomagało. Po wyjściu na grzbiet pasma Zellerhut, na jakieś 1500 m n.p.m. realnie oceniliśmy nasze szanse pokonania graniowej ścieżki do Mariazell na zero procent. Żeby było to możliwe, musielibyśmy ciągnąć za sobą chyba cysternę z wodą. Nawet na tej wysokości upał poważnie zmniejszał naszą dzielność bojową. Próba zjechania szlakiem na drugą stronę grzbietu też nie wypaliła, bo w terenie nie było ani znaków, ani ścieżki. Zresztą główny szlak grzbietowy też był bardzo mało wyraźny, co daje wyobrażenie o minimalnym ruchu turystycznym w tych górach. Nasze Bieszczady przy tym kawałku Alp, w którym akurat przebywaliśmy, to prawdziwe zagłębie turystyki górskiej.

Podjęliśmy decyzję o zjeździe po własnych śladach. Początek stanowiła bardzo techniczna ścieżka, która wiła się po stromo-opadającej łące urozmaicona luźnymi i śliskimi jak cholera wapiennymi kamieniami. Trzeba się przyznać w tym miejscu, że były fragmenty, gdzie musieliśmy mało honornie zejść z rowerów.

Alpejski schemat

Jako, że w tym rejonie prześladowały nas zakazy wjazdu na rowerze, na bardziej kuszące trasy postanowiliśmy pojechać w miejsce sprawdzone i polecane przez innych bikerów. Po około czterech godzinach jazdy samochodem, fantastycznymi górskimi drogami, dojechaliśmy mniej więcej do centralnej części Austrii - do miasta Zell. Jeśli idzie o malowniczość okolica tego miasta mieści się w ścisłej czołówce światowej. Bezpośrednio do miasta przylega długie, na kilka kilometrów, jezioro, zaraz obok wznoszą się ponad dwutysięczne zielone szczyty, a niewiele dalej lśnią białymi czapami lodowce i góry już całkiem poważnej wysokości, bo GroBlockner wznosi się na 3798 m n.p.m.

Można więc w ciągu jednego dnia pojeździć na nartach, rowerze, popływać na żaglówce i jeśli ktoś by się uparł to na dobitkę może zagrać w golfa. My zaplanowaliśmy wakacje dość monotematycznie, ale za to aktywnie.

Fot. Tomasz Dębiec
bikeBoard

Nasza taktyka na jazdę, w tej części Alp, była taka, że wspinamy się najwyżej jak to możliwe na rowerach po licznych tu szutrówkach, a zjeżdżamy ciekawymi technicznie szlakami. Już w Polsce zasięgnęliśmy języka odnośnie potencjału rowerowego tej części i nie jechaliśmy w ciemno. Na początek postanowiliśmy zdobyć Schmittenhohe (1965 m n.p.m.). Podjazd na tą górę jest możliwy kilkoma szutrówkami, które gęsto ją oplatają. My zdecydowaliśmy się na wariant południowy.

Wszystko odbywało się według alpejskiego schematu, czyli najpierw asfalt, potem szuter wijący się dziesiątkami zakrętów. Przy czym nudno zaczyna się już robić nie dalej jak na piątej agrafce. Niezłym pomysłem byłoby zabranie jakiejś - kołatało mi się w głowie podczas monotonnego mielenia pedałami. Fragment szlaku, gdzie trzeba było zejść z roweru i poprowadzić go przez niemożliwą do podjechania ścieżkę przyjąłem z niemałym zadowoleniem.

Zawsze to jakaś odmiana i okazja, żeby nieco zmienić pozycję. Prowadzić rower po szutrówce, to jakby nie było, trochę wstyd... Tak wtedy myślałem, nie do końca znając możliwości tutejszych budowniczych drogowych. Później, niejednokrotnie dane było nam kapitulować na szutrowym podjeździe. Zjazd zaplanowaliśmy do Maishofen leżącego 1200 m niżej niż najwyższy punkt na naszej wycieczce. Spadamy! - ktoś przytomnie zaapelował wskazując na zbliżającą się ciemną chmurę z bladym podbrzuszem, które oznaczało gęsty deszcz.

Ulewa nie dała nam jednak szans. Już po kilkuset metrach wchłonęła nas jak peleton nieskutecznych uciekinierów. Szczęściem w nieszczęściu było to, że mogliśmy się schronić pod zadaszeniem małej szopy. Momentalnie zrobiło się zimniej o dobrych kilka stopni, więc cała zapasowa garderoba w postaci spodni i kurtek wylądowała na nas. Pół godziny później zaświeciło słońce.

Niemal cały downhill do Maishofen trzeba nazwać jako bardzo trudny technicznie i jeśli porównać do naszych beskidzkich realiów to niemal niekończący się. Wrażenie jego niebotycznej wręcz długość potęgowała owa trudność. Siłą rzeczy nie mogliśmy pędzić z prędkością 60 km/h, raczej zsuwaliśmy się ciasnymi i wąskimi serpentynami po bardzo stromych stokach. Mogliśmy więc cieszyć się zjazdem całkiem długo.

Zapaśnicy w piżamach

Kolejnego dnia pobiliśmy rekord wysokości na tej wyprawie wjeżdżając na Hundstein (2117 m n.p.m.) Z Zell prowadzi tam szlak rowerowy, zaznaczony na wszystkich folderach. Dodatkową motywacją do wdrapania się na tą górę była niecodzienna impreza, jaka miała odbywać się na jego szczycie. Dobrze trafiliście, bo jutro będą tam zawody w naszej lokalnej odmianie zapasów - podkreślał tą atrakcję gość z obsługi kempingu.

Fot. Tomasz Dębiec
bikeBoard

Kiedy dotarliśmy na górę, przywitał nas tam całkiem spory tłum i dziesiątki samochodów, bo od północy prowadzi wygodna droga. Walki odbywały się w naturalnym wielkim zagłębieniu, które znajdowało się tuż obok szczytu i tworzyło fantastyczny amfiteatr. Kilka setek ludzi zgromadziło się na jego stokach i oglądało jak siłują się zawodnicy.

Ci ostatni ubrani byli w białe spodnie i bluzy co razem przypominało piżamy. Impreza była chyba ważna, bo nie zabrakło telewizji. Kręcili ujęcia nawet z helikoptera.

Jest flow!

Kolejnego dnia odwiedziliśmy znaną miejscówkę Saalbach. Postanowiliśmy nie ulegać czarowi kolejki i na górę Osgipfel (2018 m n.p.m.) wdrapaliśmy się tradycyjnie, kręcąc po niezliczonych serpentynach jednej z szutrówek. Po krótkim zjeździe, ostatecznie wdrapaliśmy się na wyższy Westgripfel (2096 m n.p.m.). Zjazd, jaki tu sobie zafundowaliśmy, należy chyba okrzyknąć downhillem wyprawy.

Najpierw pocięliśmy lekko opadającym trawersem, który nosi nazwę Familinenweg. Konfiguracja ścieżki pozwała na rozwinięcie sporej prędkości, a co kilkadziesiąt metrów można było liczyć na pojawiające się niewielkie uskoki. Wszystko dało się pokonać płynnie, bez szarpania tempa -słowem była to ścieżka z tym czyś na, co niektórzy wołają flow. Później spory fragment pokonaliśmy szybkim szutrem i na koniec, spotkani na trasie, lokalesi zaprowadzili nas na ścieżkę opadającą z pieca na łeb po korzeniach, z jakimi jeszcze nie miałem okazji się zmierzyć. Fantastycznie! Długi i urozmaicony zjazd to jest właśnie to.

Ostatni dzień poświęciliśmy na jazdę w ośrodku Leogang, wyciągiem do góry, a w dół po trasie freeride'owej. Było to fajne ukoronowanie wyjazdu, ale zgodnie przyznaliśmy, że dni podczas których tradycyjnie włóczyliśmy się po górach były tym co najlepsze nas spotkało w Austrii.

Zakończenie

Austria jest super na rower, ale nie jest to róża bez kolców. Zwłaszcza dla tych bardziej niepokornych bikerów. Jazda na rowerze w tym kraju podlega wyjątkowo skrupulatnym regulacjom. Możesz uprawiać freeride, ale tylko na specjalnej trasie. Możesz wdrapać się na górę rowerem, ale pod warunkiem, że prowadzi na nią szlak rowerowy, ewentualnie taki, który dopuszcza ruch zarówno pieszy jak i na bike'u.

Niewątpliwie są to ograniczenia, ale jazdy i tak jest tam do syta. Do dyspozycji mamy olbrzymią sieć wyciągów, które pomogą zaoszczędzić dużo sił tym którzy niekonieczne lubią podjeżdżać. Jeśli dodać do plusów Austrii bajkową wręcz malowniczość i względnie przyzwoite ceny to już naprawdę nie ma nad czym się zastanawiać. Tam trzeba pojeździć!

źródło informacji: Materiał pochodzi z magazynu
bikeBoard

Dodatki

Warto zobaczyć

ROWER - warto zobaczyć

temp: 14/22 °C ciśnienie: 1010 hPa, rośnie

  • JUTRO 15/23 °C
  • POJUTRZE 14/22 °C
  • więcej »


Informacje dodatkowe