By znaleźć miejsce dla siebie w tym kraju, warto zabrać rower z dobrymi hamulcami. Będziemy ich bowiem używać bardzo często. Głównie po to, by się zatrzymać i przetrzeć oczy pełne zdumienia.
Szukając w Marrakeszu
"Don't worry about a thing, cause every little thing gonna be all right..." Muezzini w Marrakeszu jeszcze nie skończyli nawoływać do porannej modlitwy, gdy Rasta uruchamiał swój przenośny odtwarzacz. Zawsze "Three little birds" Marley'a. Reggae koiło jego poranne bolączki, a on sam stawiał wielki czajnik wody na "whisky".
Marokańczycy nazywają tak sproszkowaną chińską zieloną herbatę z dodatkiem świeżych liści mięty i kolosalnych ilości cukru. Swoją drogą od mięty ważniejszą rośliną jest w Maroku chyba tylko marihuana zwana tutaj kifem. Mięta może rosnąć w odległości kilkuset metrów od domu, podczas gdy ogródek pod oknem wypełniony jest gęsto sadzonym zielskiem.
Palenie kifu tłumaczyło w pewien sposób spowolnione i beztroskie ruchy Rasty. Nie śpieszył się nigdzie zalewając herbatę. Nie spieszył się zapalając skręta. Nie śpieszył się wypełniając swoje służbowe obowiązki. On nigdy się nie śpieszył. Ubrany zawsze w te same, luźne spodnie i koszulkę "bokserkę" z emblematem piłkarskiej reprezentacji Ghany, przesiadywał na tarasie hostelu, w którym pracował.
Długie dredy, uśmieszek lokalnego watażki i oczy posiadające taką ilość zamglenia, że po jego skropleniu Maroko borykałoby się z problemem powodzi - to jego znaki rozpoznawcze. Znaki-wabiki w trakcie rozmów z dziewczynami z Europy i Stanów, którym Rasta oddawał się ochoczo każdego dnia.
- Oł jess - powiedział Rasta, gdy woda zaczęła wrzeć. Zalał herbatę i zacierając ręce oddał się codziennej kontemplacji ulicy z perspektywy starych brudnych schodów prowadzących do hostelu, tuż przy legendarnym Djemma El Fna. Jak głoszą wielonakładowe przewodniki, bez niego Marrakesz byłby niczym niewyróżniającym się miastem jakich wiele. Czyżby?
W dzień gęste i duszne powietrze panujące na placu można by ciąć nożem w równe bloki i sprzedawać na kramie z pamiątkami. Senną atmosferę urozmaicają jedynie sprzedawcy świeżych soków oraz tubylczy mistrzowie tresujący tubylcze węże, naciągający przyjezdnych łowców przygód zgrywających Indianę Jonesa na "fotkę z bestią". Czy to ma być to miejsce, które stanowi o wyjątkowości Marrakeszu? Ba, miejsce określane mianem najwspanialszego placu Afryki? Czy przybywający tu podróżnik ma zostać odarty ze złudzeń i nadziei przez liche budy z sokami i amatorskich poskramiaczy starych, jak oni sami, węży? Gdzie podziało się miejsce pełne magii i pustynnego charakteru pozbawione przebierańców zgrywających Tuaregów?
Jest tutaj. Tkwi niezmienione od wieków. Jego atmosfera rośnie z minuty na minutę, osiągając zenit po zachodzie słońca. Właśnie wtedy turystyczna "cepelia" ustępuje miejsca prawdziwemu charakterowi Djemma El Fna. Rozkładają się stoiska gastronomiczne, które - prócz tradycyjnego tajine (baraniny lub drobiu duszonego z warzywami w charakterystycznym stożkowym naczyniu) - serwują lokalne wyszukane specjały w postaci pasztetu z gołębia (nieco mdły w smaku), owczej głowy (policzki stanowią gwóźdź programu) lub zupy ze ślimaków (wywar pikantny, ślimaki z aksamitną nutą błota i piasku trzeszczącego w zębach) jedzonej wykałaczkami, a w razie ich braku - agrafkami.










Twój komentarz może być pierwszy!