Wypracowuję ją już parę lat, dodając kolejne odcinki, korzystając z dziur w płotach i ramp załadowczych. Udało mi się - unikając asfaltu - połączyć dziesięć naprawdę fajnych zakrętów i jakieś 3 km zabawnej wąskiej ścieżki. Kolejne siedem wiedzie obok osiedlowych śmietników, przez chaszcze i nieużytki usłane potłuczonym szkłem i psimi kupami. I mimo tego, że jest nielogiczna i niewygodna, wolę jeździć terenem.
Napisałem to, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości, co do osobowości testującego, bo poniższy test nie jest obiektywny - jest na to zbyt gorąco.
W 2011, Cobia będzie miała większe logo Trek niż Gary Fisher, ale co to kogo obchodzi. Nie będziemy plotkować. Przejdźmy do rzeczy. Cobia 2010 to prawdziwa hybryda. Zawsze odżegnywałem się od tych "tak zwanych hybryd", czyli takich "psowydr" na zbyt wąskich i delikatnych kołach, żeby znaleźć się w terenie i zdecydowanie zbyt ciężkich i stabilnych we wszystkich sytuacjach.
Zawsze "góral" okazywał się łatwiejszy do manewrowania, wygodniejszy i bardziej wszechstronny.
Nawet w mieście na asfalcie. Jedynie opory toczenia stanowiły o przewadze roweru 700c. Potem Gary Fisher (człowiek) przedstawił seryjny rower 29" i choć znowu nie był pierwszy, to pierwszy poruszył prawdziwą lawinę. Górskie "twentynajnery" rządzą w USA, niedługo to samo będzie w Europie. Cobia ma sportową, w pełni górską ramę o zwrotnej geometrii 29" G2 oraz odpowiedni do niej osprzęt. Ale została wzbogacona o niewielkie detale, całkowicie odmieniające jej osobowość.
Należą do nich specjalne koła i bardzo nietypowy kokpit wraz z dużą ilością podkładek pod mostkiem, pozwalający w 2 minuty przystosować pozycję za kierownicą albo do kolarskiej koszulki, albo marynarki. Koła zaopatrzone są w mało terenowe i węższe opony o specyficznym bieżniku. Jego kostki następują po sobie tak, że na asfalcie daje się poczuć tylko wizg i brak oporów.
Boczne klocki nieco wystają pozwalają skręcać na terenowych trasach, ale nie wolno ich pomylić z terenowymi semislickami. W łagodniejszych warunkach opony Bontrager 29-3 są bardziej wszechstronne od semislicków. W terenie, nawet dość trudnym, spisują się nie najgorzej pod warunkiem, że jest sucho. Ze względu na szerokość praktycznie nie nadają się do jazdy w piachu.
Kokpit stanowi kierownica o potężnym, 19-stopniowym wygięciu do tyłu. Jest to dziwaczne, ale nie przeszkadza, szersza byłaby wygodniejsza w terenie i na miejskich ścieżkach. Z drugiej strony przeszkadzałaby w omijaniu aut stojących w korku. Ten kompromis wymaga zrozumienia, ale nam nie przypadł do gustu.
Jazda
O tym, jak jeździ się na Cobii, w głównej mierze decyduje rama Platinum Series z cieniowanych i hydroformowanych rur ze stopu 6066. Rama jest taka sama jak w najwyższym "twentynajnerze" z aluramą w kolekcji, czyli dość lekka, a przy tym cholernie sztywna bocznie. Dzięki widelcowi o dużym trailu bardzo łagodne kąty nie pogarszają manewrowości, ale sterować trzeba silnie się pochylając.
Na asfalcie opony trzymają bez zarzutu, a i na ubitych ścieżkach są niezłe. W terenie Cobia jest zaskakująco wydajna przyjemna. Sztywna rama nie marnuje energii, choć trzeba powiedzieć, że jej potencjał amortyzacyjny skutecznie maskują drobne opony. Dostosowując prędkość jazdy do warunków można nią przejechać praktycznie wszystko, a widelec daje radę.
W mieście rower ten jest szybki i z gracją objeżdża zawalidrogi. Siodełko jest na tyle miękko wyścielone, że można jeździć w normalnych spodniach i bieliźnie bez ryzyka dramatycznych następstw. Błotniki i bagażnik... Cobia nie ma gniazd na śruby błotników, ale plastikowe oblecą, a zamiast bagażnika polecamy torbę kurierską.
Podsumowanie
To jest rower dla kolarza górskiego. Ale takiego, który musi jednym rowerem wystartować w maratonie, a w poniedziałek dojechać do pracy. I nie mówimy o lamerach wożących tyłek po alejach parkowych, tylko o hardcorowcach. Cobia ma bardzo silne geny górala, ale uproszczenie specyfikacji poprowadzono tak, żeby można wykorzystać ją także w trakcie dojazdów.
Ale to nie jest cała prawda! Trudno będzie znaleźć fajniej zestawiony rower do terenowej jazdy w Mazowieckiem, Łódzkiem, "obupomorskiem" i wszędzie tam, gdzie gór nie ma. Wielkie koła dają wystarczający potencjał amortyzacyjny, a osprzęt jest na tyle skuteczny i przemyślany, że okazjonalny urlop na szlakach Beskidów czy Sudetów będzie wielką przyjemnością.
W razie potrzeby wystarczy założyć inne opony. A kierownicą też bym się nie przejmował i w razie potrzeby wymienił , stać cię, bo jest to najtańszy sensowny 29" na rynku.
Tekst: Miłosz Kędracki
Artykuł pochodzi z miesięcznika bikeBoard










Twój komentarz może być pierwszy!