Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Gorące Randez Vous

Legenda głosi, że wulkan Iztaccíhuatl (nie martwcie się, ja też nie potrafię tego wymówić), to "indiańska księżniczka", która zmarła z tęsknoty za swoim ukochanym Popocatepetl (który też zamienił się w wulkan)

Gorące Randez Vous
bikeBoard

Racja, mało oryginalna legenda, ale faktem jest, że wulkan obszedł się z nami niczym rasowa księżniczka. Najpierw kusił, a później stroił fochy. Już pierwszy jej widok - tuż po przyjeździe - był rozczarowujący.

Była wystrojona w śnieżno-białą sukienkę, a powinna być goła, znaczy - bez sukienki. Tego roku w porze suchej w Meksyku nieźle napadało - zdarza się to podobno raz na 5 lat. Nie pozostało nam nic innego, jak poczekać aż słońce skłoni księżniczkę do... "striptizu".

Czasu nie marnowaliśmy. W ramach treningu zaliczyliśmy nieco łatwiejszą "panienkę" - wulkan zwany La Malinche (4462 m n.p.m.). Zresztą, wbrew swojej dość marnej reputacji, ona również nie miała zamiaru pozbywać się śnieżnej bielizny.

Zaliczyliśmy też parę "pewniaków", czyli tras downhillowych, na które zabrali nas nasi meksykańscy kompani. Poprzeczka zawieszona była dość wysoko - tak między 2500 a 3500 m n.p.m. Zanim zdążyliśmy się zaaklimatyzować, byliśmy kompletnie wykończeni i postanowiliśmy ratować się ucieczką nad Pacyfik.

Tam podczas radykalnego plażowania, które trwało 1,5 dnia, udało nam się odzyskać trochę sił. Z naciskiem na "trochę", bo podróż autobusem to 16 godzin w jedną stronę. Z surfingowego raju wracaliśmy z nadzieją na zdobycie rowerowego nieba. Czas był już najwyższy na rozpoczęcie randki z księżniczką Iztaccíhuatl (5230 m n.p.m.).

Niedostępni kochankowie

Nasz nieoceniony meksykański przyjaciel Carlos wywiózł nas potężnym pick-upem na przełęcz Corteza, leżącą pomiędzy Iztą a jej ukochanym Popocatepetl. Zaznaczyć muszę, że Carlos nie był w nastroju do wycieczek, bo dzień wcześniej zaliczył potężną glebę podczas oprowadzania nas po bike parku Ajusco. Meksykańskie standardy gościnności są bardzo wyśrubowane - to, jak bardzo pomocni byli dla nas Carlos i Stefan, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Szkoda tylko, że po powrocie z Izty zastaliśmy Carlosa w kołnierzu ortopedycznym i nie mieliśmy już okazji razem pośmigać.

Gdy docieramy do schroniska u stóp Iztaccíhuatl, okazuje się, że "księżniczka" jest w pochmurnym nastroju. Już mieliśmy zrezygnować z zalotów do Jej Rozkapryszonej Wysokości i zabrać rowerki na bardziej męską konfrontację z królewiczem Popocatepetl, który kusił do zjazdu swoim stożkowym kształtem, ale... Niestety dymi mu się z głowy i obowiązuje zakaz zbliżania się do niego, gdyż jego oddech odsyła śmiałków w zaświaty.

Nie pozostaje nam nic innego, tylko wziąć przykład z religijnych Meksykanów, z którymi dzielimy nocleg, i modlić się o poprawę pogody ducha naszej "księżniczki". Jeszcze przed modlitwą dostarczamy naszym meksykańskim współlokatorom dodatkowych atrakcji, próbując rozpalić ogień w kominku.

Niestety, komin nie za bardzo chce współpracować z paleniskiem i w pokoju atmosfera robi się mało przejrzysta, niczym w kraterze Popo. Meksykanie nie mówią nam ani jednego złego słowa, a co sobie myślą, wolimy nie wiedzieć.

U stóp księżniczki

Rano okazuje się, że Izta promienieje słonecznym uśmiechem. Pewnikiem - nasza randka byłaby bardzo udana i bez problemu dotarlibyśmy na sam wierzchołek "piersi", ale uparliśmy się, że zabierzemy ze sobą rowery. Kto to widział, wybierać się na randkę z arystokratką rowerem?

Najpierw okazało się, że "księżna" po zrzuceniu sukienki ma jeszcze na sobie 3 komplety śnieżnej bielizny, zupełnie nie nadającej się do jazdy. Na wysokości 4700 m, czyli tuż pod "kolanami", zabrakło nam sił do kontynuowania tego randez-vous. Porzuciliśmy aluminiowe rumaki pod jedną ze skał i zeszliśmy na noc do schroniska.

Na następny dzień planujemy kontynuację wulkanicznych podbojów, mając super aklimatyzację i dużą determinację na szczytowanie. Pewnie się zastanawiacie, o co chodzi z tymi rozerotyzowanymi aluzjami do piersi i kolan.

Otóż Meksykanie uważają, że wulkan Iztaccíhuatl przypomina z pro?lu leżącą kobietę. Ba, są o tym na tyle przekonani, że for-macjom skalnym tworzącym główną grań ponadawali adekwatne nazwy. Stąd wzięły się "stopy", "kolana", "głowa", no i oczywiście "piersi" jako najwyższy punkt. W języku rowerowym przebieg grani określiłbym jako interwałowy przy nader optymistycznym założeniu, że można po niej jeździć.

Szalona Izta Bliższe zapoznanie się z "piersiami" nie było nam dane. Gdy o 4 w nocy wyruszaliśmy na podbój biustu Izty, nie zwróciliśmy nawet uwagi na delikatne podmuchy wiatru wokół schroniska. Gdy jednak wdrapaliśmy się na przełęcz pod "stopami", huraganowy podmuch ściął nas z nóg, a kolejny zasypał piaskiem oczy. Ośle-piony przeklinam pomysł pozostawienia gogli w domu Carlosa.

Zresztą piasek w oczach to nie jedyny nasz problem. Pod wiatr prawie nie da się iść - niewidzialna bariera blokuje dalszą drogę. Temperatura odczuwalna załamuje się - wiatr przebija się nawet przez wiatroszczelne ciuchy. Huk wiatru uniemożliwia zebranie myśli. Tempo marszu gwałtownie spada, właściwie to marsz zamieniamy w pełzanie.

Docieramy do miejsca, w którym zostawiliśmy rowery. Jest osłonięte od wiatru, więc mamy chwilę wytchnienia. Odpoczywamy gapiąc się bezmyślnie na nasze dwukołowe żelastwo. Kto je tu wtaszczył i co miał zamiar z nim robić? To chyba byli jacyś naiwniacy - jakoś w tym momencie nie mamy ochoty przyznawać się do tego.

Pozostawiamy rowery i próbujemy się przebić przez ścianę wiatru do schronu Los Cien Hut. Po krótkiej szarpaninie z drzwiami jesteśmy w środku. Wojtek bez żadnego obciachu pakuje się do pozostawionego przez Austriaków śpiwora, co nie zmienia faktu, że ciągle trzęsie się z zimna. Ja kompletnie ogłupiały od huku i zimna nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Wciąż nie mogę pojąć, co za kataklizm nas spotkał. Przecież za oknem niebo lśni błękitem, a słońce rozświetla skały. Mimo to plan dzisiejszego dnia całkiem się rozwiał i chyba właśnie rozwiewa się cel naszej meksykańskiej wyprawy.

Uziemieni

Może uda się przeczekać ten wiatr - ta nadzieja umila nam pobyt w schronie. Niestety, po dwóch godzinach schron nieustannie trzeszczy pod jego naporem. Nagle otwierają się drzwi i na progu pojawia się wszędobylski czeski turysta. Normalna sprawa, gdzie bym nie pojechał, zawsze spotykałem czeskich turystów.

Ta wizyta budzi nas z odrętwienia. Nie ma co dłużej czekać, wychodzimy na rekonesans. Nie bez trudu wdrapujemy się na "kolana". Jako że jest to najtrudniejszy fragment szlaku, umilamy sobie czas rozważaniami nad możliwością zjechania tego odcinka na rowerach.

Oczywiście teoretyzujemy, bo przy obecnym huraganie mamy problemy z najzwyklejszym chodzeniem. Poruszamy się od skały do skały chowając się przed wiatrem, żeby móc odetchnąć i wybrać kolejny azymut zanim huraganowe podmuchy i wszędobylski piasek zaczną nas smagać.

Udaje się nam zaliczyć wysokość 5000 m. Pozostaje tylko rzut oka na nieosiągalną dla nas dzisiaj grań szczytową Izty i odwrót. Igraszki na wulkanie Rozpoczynamy "zjazd". Odcinek w pobliżu schronu jest dość przyjazny. To znaczy byłby, gdyby wiatr nie przestawiał roweru po kilkadziesiąt centymetrów na boki.

Lawirujemy pomiędzy głazami jednocześnie korygując kurs pod wpływem jego podmuchów. Poniżej drogę zagradzają nam pola śnieżne urozmaicone kleistym błotem (popiół wulkaniczny + topniejący śnieg). Wojtek próbuje ujeździć ten niewdzięczny teren sięgając po najbardziej ekwilibrystyczne triki ze swojego repertuaru.

Ćwiczymy technikę skręcania przez balans ciałem, bo teren praktycznie uniemożliwia jakiekolwiek skręcanie kierownicą i to mimo szerokich opon. Ja uciekam się do fortelu i zamieniam bloki SPD na raki. Stalowe zęby na butach wspomagają hamowanie i ułatwiają wleczenie roweru na śnieżnych trawersach. Po długich mękach docieramy do końca śniegu na osłoniętym od wiatru stoku.

Co za ulga, wreszcie możemy skupić się na zjeździe, tylko że jej już niewiele zostało. Stok okazuje się jednak wystarczająco ciekawy, abyśmy się solidnie zabawili i wystarczająco energochłonny, abyśmy się wykończyli - ciągle jesteśmy sporo powyżej 4000 m.

Pierwsza sekcja jest dość stroma i pełna sypkich kamieni. Uskuteczniamy na niej slalom między skałami i kępami traw. Druga sekcja wiedzie słabo nachyloną twardą ścieżką, na której co chwila pojawiają się wymagające przeszkody z głazów. Niektóre wymagają dłuższego patentowania. Walka z terenem pochłania nas do tego stopnia, że zapominamy o goryczy porażki.

Do bazy!

Następnego dnia czeka nas nietypowa atrakcja - zjazd z pełnym ekwipunkiem ze schroniska do miasteczka San Nicolas (czyt. Święty Mikołaj), leżącego u podnóża wulkanu. Przed nami ok. 1500 m przewyższenia i ponad 20 km szutrówki.

Po założeniu plecaka, zawieszenie w rowerze klęka i słabo sobie radzi z nierównościami, zwłaszcza gdy podkręcamy prędkość. Przecież nie będziemy się wlec po drodze. Pędzimy w dół wymijając kilka terenówek. Jedna o mały włos nie spycha mnie z drogi. Kierowca najwidoczniej nie był przygotowany na to, że ktoś go będzie wyprzedzał. Ciężki plecak gniecie w plecy, ręce pieką od drgań, przeciążony amorek nie wyrabia, pył wciska się w oczy - odkrywamy nowe oblicze downhillu w meksykańskich warunkach. W San Nicolas próbujemy złapać colectivos, czyli meksykańskiego busa.

Niestety z rowerami nie mamy szans wcisnąć się do żadnego. Pozostaje nam spróbować szczęścia na stopa. Pozornie wydaje się to niedorzeczne, ale Meksyk to kraj pick-upów zamieszkany przez bardzo uczynną nację. Łapanie stopa dodatkowo ułatwiają progi zwalniające, występujące całymi tabunami na meksykańskich drogach. Po chwili oczekiwania ładujemy się wraz z żelastwem na pakę zatrzymanego forda.

Po drodze czeka nas jeszcze przesiadka do miejskiego autobusu, którym docieramy do Puebli. Pozostaje nam tylko odnaleźć w prawie dwumilionowym mieście naszą bazę, czyli dom Carlosa. Wreszcie do czegoś przyda się GPS, który, jak do tej pory, robił głównie za balast.

Gdy relacjonujemy przebieg naszego starcia z wulkanem Carlosowi, jego mina zdaje się mówić: wiedziałem, że to głupi pomysł, lepiej by było pojeździć na jakiejś fajnej trasie. Pewnie lepiej i więcej byśmy sobie pojeździli, ale w dziewiczym, wysokogórskim szlaku jest coś specjalnego. Nie, nie kryje się w tym żadna wydumana filozofia.

Sprawdzenie na własnej skórze, czy dana góra jest "zjeżdżalna", to walka z transkontynentalną logistyką, lokalnymi zwyczajami (jak np. mapami, które można kupić tylko w czymś na kształt ministerstwa), a przede wszystkim zmaganie z nieznanym terenem i walka z samym sobą (bywa, że równie nieznanym). Właśnie tej walki poszukujemy.

Może Carlos - zapalony downhillowiec, inaczej będzie teraz patrzył na otaczające jego dom wulkany. Wcześniej chyba nie pomyślał, że tam można szukać nowych tras.

Tekst i zdjęcia: Klaudiusz Duda i Wojciech Łuczak, www.g3riders.com

Opracowanie: Dominika Skonieczna

źródło informacji: Materiał pochodzi z magazynu
bikeBoard

Więcej o:
Goraca,
ukochanym,
"Ja

Warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Twój komentarz może być pierwszy

Piszesz jako Gość

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.