Przejd� do g��wnej cz�ci strony

Samoloty

Click here for calendarClick here for calendar

Liczba osób
przelot w obie strony

Opcje dodatkowe

Map 24

Nowość

Poszukaj planu miasta

Zaplanuj podróż na wakacje

Autokary

Nowość


Logowanie do biletu

Międzyrzecki Rejon Umocniony na rowerze

Pomysł pojawił się przed kilkoma laty. Tak właściwie kupiłem go pod sklepem w jednej z lubuskich wiosek. Wystarczyło 0,5 l złotego browca. Niekoniecznie z pianką, bo pitego wprost z butelki na obskurnej ławce. Gość, najwyraźniej "tutejszy", wcześniej niezbyt skory do dyskusji z obcym, zaczął sypać jak z nut...

Międzyrzecki  Rejon  Umocniony, Lubrzański Park Fortyfikacji, fot. Przemek Kozłowski
Międzyrzecki Rejon Umocniony, Lubrzański Park Fortyfikacji, fot. Przemek Kozłowski /Agencja FORUM

Kolejny fantasta - mitoman, którego opowieści potrafią rozbawić do łez! Przy okazji można dowiedzieć się naprawdę interesujących rzeczy... np. że po złom do podziemi najlepiej jeździć rowerem. Co?! Hm... a właściwie dlaczego nie!

Zanim doszło do tej rozmowy przez pół dnia włóczyłem się od jednego żelbetonowego obiektu do drugiego. Na rowerze zwiedzałem naziemną część umocnień MRU położonych na malowniczym Pojezierzu Łagowskim. Musiałem się sporo namęczyć, aby dotrzeć choćby do tych najważniejszych grup warownych i schronów.

Świadomość, że to wszystko pomimo sporych odległości dzielących poszczególne fortyfikacje połączone jest systemem podziemnych korytarzy, a w efekcie tworzy najdłuższy w Europie podziemny system fortyfikacyjny, działała pobudzająco na moje szare komórki. To, że rower można zabrać do nieba, już wiedziałem, nie raz jeździłem ponad chmurami, nawet ponad 5 tys. metrów nad poziomem morza. Nie sądziłem jednak, aby z takimi rarytasami wpuszczali do piekła... Musiałem się przekonać!

Sposób na depresję

Marzec. Za oknem wciąż szaro i buro, wiosny nawet nie widać, a zima ani myśli o zmianie adresu zameldowania... Na widok stojącego w kącie bika nogi aż same rwą się do pedałowania i... do przygody! Tylko aura na zewnątrz skutecznie studzi ten rodzący się w człowieku zapał (wszyscy moi bracia - wielbiciele tzw. aktywnego wypoczynku, doskonale wiedzą o czym mówię). Jednym słowem: "przechlapane".

Ale zaraz, zaraz... Kilka lat temu, w pewnym miejscu pod sklepem, pośród niedopałków petów i stert zardzewiałych kapsli, zrodziła się pewna myśl. Czy wyobrażacie sobie lepszy pomysł na marcowe kaprysy pogody? Przecież tam pory roku nie istnieją! Prawie tak samo jak na równiku. Ba, lepiej, przez cały rok, dzień i w nocy, mikroklimat wciąż ten sam.

To zdecydowanie najdłuższa zadaszona trasa w Polsce, prawdziwy bajer dla kolarza zimą. No, może nie każdemu cykliście przypadną od razu do gustu takie historie z odrobiną szaleństwa. Ale fanatykom jazdy terenowej i poszukiwaczom mocnych wrażeń mój pomysł powinien smakować nie gorzej niż ciepłe bułeczki na śniadanie.

Nietoperze na rowerze

Niepewnie ruszamy w głąb Tartaru podejmując nowe wyzwanie. Przewodnik odprowadza nas tylko do włazu, który po chwili ze zgrzytem zatrzaskuje za naszymi plecami. Do kiszek MRU przedostajemy się przez obiekt oznaczony jako Pz.W. 717, stanowiący część składową większego umocnienia zwanego grupą warowną "Scharnhorst". Naziemna oraz podziemna magazynowo-koszarowa część tego "dzieła pancernego" przystosowane zostały do ruchu turystycznego. Zaraz po wejściu słychać dźwięki marsza - niemieckiego rzecz jasna. Powstało tu swoiste muzeum. Stworzona ekspozycja daje pojęcie o tym, jak wyglądała żołnierska służba w takim obiekcie.

Niestety windy, która tu kiedyś działała, nikt nie zrekonstruował. Dla nas oznacza to znoszenie rowerów i całego "szpeju" po krętych, ciasnych schodach, ponad 30 m w dół. Po klaustrofobicznej klatce następuje rozprężenie przestrzeni w postaci korytarza z szynami.

Tutaj uzbrajamy nasze pojazdy w cały dostępny pakiet oświetlenia, a głowy w kaski rowerowe. Napięcie wzrasta... Zaraz wylądujemy w dzikiej części tego podziemnego molocha, zdani tylko na siebie i swoje umiejętności. Jedno jest pocieszające - w stosunku do warunków panujących na zewnątrz jest w miarę ciepło i nawet dość sucho, a do tego nie wieje.

Ruszamy wąskim korytarzem, który dyskretnie wprowadza nas coraz głębiej pod powierzchnię ziemi. Póki co utrzymujemy umiarkowaną prędkość, choć wrażenie jest takie jakbyśmy siedzieli za sterami superszybkiej kolejki metra. Według zapewnień przewodnika, na tym odcinku wszystkie pokrywy studzienek odwadniających znajdują się na swoim miejscu, a ze ścian nie wystają żadne nieprzyjemne elementy.

Reszta ekipy podąża z tyłu w odległości pozwalającej uniknąć kolizji nawet gdybym gwałtownie zahamował. Po kilkuset metrach wpadamy do rozdętego poprzecznego korytarza. To bez wątpienia dworzec Heinrich. Hmm, którą drogę dalej wybrać? Na szczęście mamy mapę. Bez niej lepiej się nie zapuszczać w pokręcony labirynt MRU.

Kierujemy się na północ głównym tunelem stanowiącym oś fortyfikacji. Korytarz ten jest równie długi jak jego niemiecka nazwa - HAUPTVERKEHRSWEG. I całkiem pokaźny - bez problemu pomieściłby dużą ciężarówkę. Kawał solidnej, kreciej roboty. Nie przypadkowo kierujemy się na północ. Te części fortyfikacji są najbardziej zapuszczone, dzikie i jeszcze bardziej przepojone atmosferą niezwykłości.

W świetlnych refleksach rozbieganych snopów świateł bacznie wypatrujemy otwartych studzienek kanału odwadniającego. Niektóre z nich liczą nawet po ok. 2 m głębokości. W najlepszym wypadku można stracić zęby. Uwaga! Zalany korytarz - alert pierwszego stopnia! Koła "górali" zatapiają się w wodę, która zaczyna falować i wypatrywanie zatopionych jam staje się trudne. Przeważnie znajdują się pośrodku korytarza, ale nie zawsze. Jedziemy powolutku, z wyobraźnią. Potem, gdy korytarz znów jest suchy, przyspieszamy.

Terkot zapadek wolnobiegu rozdziera zatęchły porządek i ciszę, które niepodzielnie tu panują. Po kilku godzinach takiej wędrowerówki zaczynamy odczuwać zmęczenie - jakbyśmy pokonali co najmniej 100 km. Lokujemy się w bocznej komnacie przy jednym z dworców. Miejsce to stwarza pozory małego pokoju. Kolacyjka w blasku świec najwyraźniej przypada do gustu Dominice. Mały nietoperz wiszący na ścianie, który przypadkowo także się załapał, nie wyraził swojej opinii na ten temat... Choć większość jego ziomków budziła się już z zimowego snu, ten spał w najlepsze.

Następnego dnia zwijamy szpej i na powrót przystępujemy do bike-eksploracji MRU.

Z dworca Caesar pedałujemy w kierunku Bahnhof Nordpol. Tu i tam spotykamy skupiska nietoperzy. W wielu zimowych koloniach zaczyna się ruch, a niektóre osobniki postanowiły nawet rozprostować skrzydła. Jakiś nie do końca widać obudzony nietoperek uderza prosto we mnie. Czyżby zawiodła echolokacja? Chiroptera są niepodzielnymi władcami i strażnikami tajemnic tego undergroundu. Co roku hibernuje tu, bagatela, ok. 30 tys. tych skrzydlatych ssaków!

W pewnym momencie docieramy do odcinka oznaczonego na mapie jako "niedostępny". Faktycznie. Zaraz za dworcem Nordpol wjeżdżamy w odnogę, która przypomina bardziej jaskinię aniżeli tunel. Liczne, różnokolorowe nacieki niczym freski zdobią betonowe ściany, a ze stropów zwisają formy naciekowe zwane stalaktytami. Początkowo pod kołami przesuwa się jedynie wąska strużka wody.

Po chwili woda wypełnia całe dno korytarza. Korci, aby sprawdzić co jest dalej - tam, gdzie większość ciekawskich nie dociera ze względu na wodę. Jednak jej poziom (wbrew moim przewidywaniom) stale rośnie i dalsza podróż byłaby możliwa jedynie po zamianie roweru na akwalung. Musimy się poddać.

Po ponad dobie undergroundowo - rowerowych peregrynacji światła naszych reflektorów traciły zapał do pracy. Z nich, tak samo jak z nas powoli uchodziła resztka energii. I nie ma się co dziwić. Sen był krótki, a jazda w tych niecodziennych warunkach niebywale wyczerpująca. Skanując wciąż podstępne podłoże przed kierownicą, resztkami sił zmierzaliśmy ku światełku w tunelu. Myślę sobie, że w sumie opłaciło się postawić piwko panu pod sklepem. Całkiem niedrogo sprzedał pomysł na kapitalną przygodę.

Daniel Klawczyński, Dominika Skonieczna

Przeczytaj również:

Wycieczkowy underground

Zdobadź Turbacz na rowerze!

Gdzie na rower w Polsce?

źródło informacji: Sportowy styl

Warto zobaczyć


Skomentuj artykuł:

Wasze komentarze (4)

Dodaj komentarz

~altylerzysta -

w1971r jechałem jednym z tych k0rytarzy GAZEM 69a 15km

~cc -

teraz to tylko komercja,wszystko pozamykane lub zamurowane wszędzie wyciągają tylko łapy po kasę ,bez zapłaty trudno się gdzieś wcisnąć,włóczyć się samemu, rowerem - pobożne życzenia,- chociaż niektórzy mają wyobraźnię.

~Pio -

Nie rozumiem po co tachać rowery schodami w Pzw717 jak można po prostu wjechać rowerem przez A67? Czyżby przewodnicy/zarządzający tym wszystkim nie potrafili się dogadać? :P Tak wogóle to szkoda obiektu bo jest naprawdę oryginalny, a z każdym rokiem tonie coraz bardziej. Pozdrowienia dla wszytkich bunkrowców/ekploratorów.