
Ostatni etap-droga do Adelaide był "z górki". W ciągu 6,5 godziny byłem w stanie pokonać 110km, ale średnio dziennie pedałowałem po 10 godzin. Następnie dotarłem do Port Augusta a później już była prosta droga do Adelaide. W tym czasie dopadały mnie ulewy, burze, silne wiatry, w wyniku czego dwukrotnie pękł mi stelaż w namiocie. W sumie licząc od 30 maja rowerem pokonałem 4300 km.
Dla mnie była to przeprawa z Północy na Południe zygzakiem - istny maraton rowerowy w stylu Tour de France (postanowiłem, że więcej na rower już nie wsiądę - to był aspekt sportowy, a ja czuję się bardziej związany teraz z naturą, nie ze sportem). Zwłaszcza etap przez południową część Pustyni Gibsona - jadąc ocierałem się o ten region, choć to nie to samo co interior pustyni.
Obecnie jestem u bardzo przyjaznych Polaków, których poznałem jeszcze będąc w Gdyni. Odpoczywam kilka dni, chcę sprzedać rower na dalszy etap finansowania projektu, bo budżet mój się kończy. Założyłem plan, że dotrę do Melbourne, na sam koniec Australii, gdzie rozpościera się już otwarty ocean. To z Wilsons Promontory National Park - najdalej na południe wysuniętej części kontynentalnej Australii jest przepiękny widok min. na Cieśninę Bassa.
Kolejny punkt, do którego chcę dotrzeć to Port Welshpool w stanie Victoria. Z tego miejsca zaprzyjaźnieni Australijczycy rozpoczynali przepłynięcie legendarnej Cieśniny Bassa.
19 sierpnia spodziewam się mojej łódki w Sydney. Zamierzam ja testować. Poza tym muszę ją przebudować. Posłucham Arka Pawełka. Rodzą się we mnie różne myśli na temat wytrzymałości mojego sprzętu. Tak jak wcześniej pisałem nie jestem do końca pewny tej łódki, więc muszę wszystko przemyśleć. Stąd mój wyjazd do Melbourne, żeby przeanalizować falę przybojową zatoki i rozmawiać z ludźmi, którzy żyją nad oceanem.
To ocean południowy. Morze Tasmana wraz z Cieśniną Bassa stanowią jeden z najbardziej niebezpiecznych wodnych akwenów świata. Wspomniany Arek Pawełek rozmawiał z kpt. Jarkiem Kaczorowskim, uczestnikiem regat The Race na Warcie - Polpharma. To człowiek, który w morzu i na morzu zdarł niejeden paznokieć. Obaj zgodnie sugerują, żebym się dobrze zastanowił nad konstrukcją łódki, bo jak niegdyś kapitan Uherek powiedział: "morze nie lubi głupich i pijanych", stąd tyle rozsądku. Wypłynąć można, ale nie chodzi o to, żeby stracić sprzęt na pierwszej fali. A może i zdrowie a nawet życie. Moim celem jest zrealizować postawione sobie zadanie. Dlatego potrzebuję obserwacji i analizy na razie z brzegu trasy. Zobaczymy. Tymczasem czekam na łódkę!
Adelaide to miasto położone u wejścia Zatoki św. Wincentego. Wczoraj podjechałem nad zatokę, żeby zobaczyć tutejsze fale. Są olbrzymie, nieprzypadkowo więc to doskonałe miejsce do uprawiania surfingu. Woda zimna, bo w tej chwili panuje tu australijska zima. Chodzę więc w polarze i puchowej kamizelce. Jest tu też inna wilgotność, więc i odczuwalność temperatur inna. Jest około 10 stopni, ale człowiek marznie.
Podsumowując: Dzika podróż przez Australię z pewnością dała mi dużo do myślenia. Wiele zrozumiałem i wiem już gdzie moje miejsce na ziemi, ale o tym nie będę pisał. Niegdyś już napisałem i Australia mnie w tym utwierdziła...
Chcę podziękować mojemu bratu, żonie oraz ojcu za pomoc w trakcie tej przeprawy.
Dziękuję wszystkim i teraz trzeba czekać na dalszy ciąg przygody.
pozdrawiam z Adelaide,
Marcin






Twój komentarz może być pierwszy!