Dnia 10 września 2011 roku Alberto i ja wybraliśmy się na piechotę mało uczęszczanym szlakiem z Chamonix do podstawy Grandes Jorasses, żeby spędzić tam noc i móc podziwiać Pointe Walker, bo wspinać się tam... cóż, mogą najwięksi.
Po dość ciężkim trekkingu około godziny 15.00 dotarliśmy do Mer de Glace na wysokości Montervers, gdzie usłyszeliśmy pierwsze oberwanie skalne, niesamowite, ale to największe było jeszcze przed nami...
Stąd nie mogliśmy kontynuować naszego trekkingu dalej, ze względów logistycznych oraz przez niekompletną informację, jakiej nam udzielono w Maison de la Montagne czyli w Biurze przewodników w Chamonix, ale to już inna historia. Nie pozostało nam więc nic innego jak wrócić.
Po drodze stwierdziliśmy, że jak już tam byliśmy, to miło byłoby spędzić noc w tym pięknym otoczeniu. Idealnym miejscem na biwak, jak się okazało, był "balkon" Chalet Les Rochers des Mottets, skąd można cieszyć się widokiem na tę spektakularną dolinę, Mer de Glace, Grandes Jorasses (z daleka), Aig. du Tacul, Dent du Géant... i na wyciągniecie ręki masyw Les Dru.
11 września 2011
Po widowiskowej nocy - masyw Dru w świetle księżyc - i po porannej kawce, pojawiły się pierwsze promyki słońca zza Petit Dru i... nagle jakby wszystko się zatrzymało, jakby jakieś zwierzę zaczęło ryczeć, głuche echo rezonuje całą dolinę, jakby setki domów zawalały się dudniąc.
Po długiej chwili - przynajmniej nam tak się wydawało - już po, chmura kurzu zaczęła zalewać pomału całą dolinę. Helikoptery zbliżały się do Petit Dru, bo w pobliżu ktoś jeszcze się wspinał. Po 10 minutach musieliśmy odejść, bo dosięgnęła nas chmura pyłu. WSTRZĄSAJĄCE!!!
Więc, jakby tego wszystkiego było mało, na dole, już w okolicach bazy helikopterowej, po raz trzeci usłyszeliśmy huk osuwających się skał, choć nie było to tak imponujące jak poprzednie.
O symboliczności tego zdarzenia dowiedzieliśmy się po powrocie do domu.
Tekst: Alberto Acaso
Tłumaczenie: Marta Ramos











Twój komentarz może być pierwszy!