Jako, że na Czarnohorę jedziemy "Parszywą Trzynastką", wyprawa wymaga wielu przygotowań. Trzeba wykupić zapas jedzenia na tydzień, zorganizować przejazd, apteczkę, poczytać o istocie tych gór, sprawdzić formę uczestników. Prowiant zajmuje pół mojego salonu - są tam kaszki dla dzieci, bogactwo muesli, czekolad, pasztetów, serów, jajek, kiełbas etc. Mądre głowy przygotowują trasę, obmyślają warianty przejść i miejsca noclegowe, uzupełniają listę rzeczy do zabrania. Śpiewnik, modlitewnik, dzienniczki. Zbieramy też czarnohorskie legendy i opowieści od znajomych. Wszystko to fruwa w powietrzu. Ruszamy też na krótką wyprawę integracyjną w Tatry. Zrobiliśmy to. Wyjazd jest gotowy, a my cali szczęśliwi wyczekujemy początków naszej jak wydaje się ekstremalnej wyprawy.
12 sierpnia
Sto(s) czekolad!
W "dniu zero" integrujemy się, organizując wielką ucztę naleśnikową u mnie w domu. Tego wieczoru dzielimy między siebie około sto kilogramów jedzenia, garnki, butle z gazem, podpałki, zapałki i inne akcesoria. Nie obywa się oczywiście bez drobnych sprzeczek typu: Ale po co właściwie nam czosnek? Dlaczego mamy brać tyle papieru toaletowego? Czy nie mamy za dużo namiotów? Nie chcemy cytryn do herbaty! W końcu spakowaliśmy się i nagle okazało się, że zostały nam zaledwie dwie godziny snu. Oj bieda!
13 sierpnia
Ruszamy na wycieczkę, biorąc misia w teczkę
Zrywamy się z łóżek o szóstej rano. O masakro! Jeszcze raz burzliwie przepakowujemy się i połykamy resztki naleśników. Po nerwowym poszukiwaniu moich kluczy od domu (które nie wiadomo jakim trafem wpadły za kanapę), biegniemy na przystanek autobusowy i już za chwilę pędzimy w kierunku płaszowskiego dworca (Kraków). Po drodze kupujemy jeszcze chleb i nagle znajdujemy się w pociągu. Panuje w nim tak okropny tłok, że nie ma gdzie kijka trekingowego wepchnąć. Na szczęście w połowie drogi pociąg opróżnia się, możemy więc rozłożyć się wygodnie i spać do samego Przemyśla.
Szybko wytaczamy się, spotykamy ostatniego uczestnika naszej wyprawy - Bartka, wymieniamy w kantorze pieniądze i już siedzimy w busie, który zawozi nas do Medyki, na granicę. Wypisujemy oświadczenia i nagle znajdujemy się w Szegini, na Ukrainie. Prędko biegniemy do kolejnego pojazdu, który nie wiadomo po co czeka na nas od 12. Zapomnieliśmy uwzględnić zmianę czasową, więc mamy godzinne opóźnienie, jednak nie psuje to nam humorów. Bus ma nas zawieźć do Bystreca pod szkołę, byśmy stamtąd mogli łatwo dojść do Chatki u Kuby, gdzie po raz ostatni śpimy w cywilizowanych warunkach.Pierwsze liźnięcie Ukrainy
Dzięki interesującym rozmowom, podróż mija mi jakby ktoś z bicza strzelił. Podziwiam ukraińskie krajobrazy i dziwne budowle. Po drodze nie omija nas oczywiście przygoda, albo może nawet dwie.
Najpierw nasz bus zatrzymuje ukraińska policja, która pyta kierowcę czy wiezie jakąś mafię. Studenci mafią! Potem łapiemy gumę. Po wprawnych ruchach kierowcy orientujemy się, że dość często zmienia koła na podziurawionych drogach, toteż po krótkim oczekiwaniu ponownie rozsiadamy się w pojeździe. Wkrótce też zatrzymujemy się na chwilę w Iwanofrankiwsku, gdzie kupujemy bilety powrotne z Kwasów do Lwowa. Organizujemy też trochę zimnej coli i kwasu, co bardzo wszystkich cieszy w tym nieznośnym upale.
Za Iwanofrankiwskiem odkrywa się przed nami zakarpacka kraina z mnóstwem wzniesień i gór, malowniczymi liniami kolejowymi. Wszyscy radośnie śpiewają znane szlagiery, jednakże powoli morzy mnie sen. Budzę się nagle. Coś strasznie trzęsie. W życiu jeszcze tak mną nie trzęsło! Jedziemy kamienistą drogą wzdłuż strumienia. Ledwo mieścimy się na niej. Ustawicznie rzuca nami na wszystkie strony. Powoli robi się ciemno. W mroku majaczą małe ogniska z zebranymi dookoła nich ludźmi.
Nie ma to jak obozowe śniadanie/ fot. Piotr PiechowskiINTERIA.PL
Od początku w szczerym polu
Nagle w egipskich ciemnościach wjeżdżamy do Dzembroni. Czuję lekkie ukłucie niepokoju. Przecież mamy jechać do Bystreca. Może kierowca chce nas zawieźć prosto pod chatkę? Trzeba ufać, że wszystko będzie dobrze. On jest tutejszy i na pewno wie co robi. Niestety nasze zaufanie zostaje wystawione na próbę.. Nagle busiarz zatrzymuje się i mówi, że to koniec. Na dodatek żąda większej ilości pieniędzy. Robię się zła, tym bardziej, że sami z siebie za spóźnienie dorzucamy 200 hrywien, a nie jesteśmy w miejscu w którym powinniśmy być. Co najlepsze, busiarz nie potrafi określić naszej lokalizacji, więc nie mamy jak zorientować jeszcze nieznanej nam mapy. Wyładowujemy się z busa i wpadamy prosto w krowie łajna!
Jesteśmy nie wiadomo gdzie, w ciemnościach, w krowich odchodach, przy blasku milionów gwiazd. Bardziej romantycznie być nie mogło. Dyskutujemy czy szukać Chatki u Kuby czy też zostać i rozbić się. W końcu zapada decyzja, że idziemy. Jednakże nie jesteśmy w stanie ujść daleko. Nie przejdziemy zawalonego mostu po ciemku. Zostajemy więc i na trawie rozkładamy nasze namioty. Po myciu i ugotowaniu herbaty podziwiamy najpiękniejsze niebo na świecie i liczymy kolejne spadające gwiazdy, a także powoli usypiamy.










~buba
chodzi jak po naszych Bieszczadach.
~helka
trzynastka narzekała na ciężkie plecaki. W życiu bym nie wzięła połowy tego, co mieli ze sobą.
~helka
się nauczą się działać sprawniej:)
~pp
nie prawosławne, róznica dośc zasadnicza.
~lubszy
tylko, ze byl to stanislawoe nie iwanofrankowsk, niema juz obecnie breslau jest wroclaw
~pp
choć w mniejszości.
~ad
~Jan
nier było i niebędzie Iwanofrakiwska a był, jest i będzie miasto Stanisławów,
- obserwatorium na...
~Geno
komuna kiedys padnie.
~Moroń
uzywania wyłącznie nazwy "Paris" czy "Regensburg" albo chociazby "Roma", a polskich nazw używać...
~rea
bardzo wielu Polaków. Znacznie mniej ludzi było w Gorganach. I faktycznie- Ukraińcy chodzą po gó...
~Leo
byłem w pasmie tych gór i zwiedzałem Czarnohorę tam tez żyją ludzie u których można kupić żywnoś...
~Peter
~Oleg
~koza1234
czarnohorę :))
~gniewko_syn_ryba
"jagody", zamiast "borówki" ???
~Anna
podobnej wyprawie, ale obawiałam się dziczy... Trochę mnie uspokoił ten reportaż, ale i rozczaro...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »