Słowa panów nie robią na mnie wrażenia. Sprawdzam, czy chłopaki z sąsiedniego pokoju już wstali. Na korytarzu pusto. Za chwilę jednak Krzysiek z Mariuszem pojawiają się na horyzoncie. Wyrzucamy nasze rzeczy z pokojów. Raki, czekan, uprząż, banany, multiwitamina. Mój plecak szybko nabiera wagi. "Szpej załadowany". Taszczę swój plecak do jadalni. Pochłaniamy śniadanie, niecierpliwie czekamy na wrzątek, aż wreszcie koło 7:30 opuszczamy Murowaniec.
Pogoda dopisuje. Z radością wpatruję się w bezchmurne niebo i słońce, które powoli wygląda zza gór. Idziemy szybko, rozmawiamy, żartujemy. Jeszcze raz przypominam chłopakom, że dotąd niewiele się wspinałam. Za chwilę już jesteśmy nad Czarnym Stawem. Wędrujemy na Karb. To znaczy ja wędruję, bo chłopaki jak dla mnie prawie biegną.
Króciutki postój na Karbie i już idziemy ścieżką, która obchodzi Kościelce z prawej strony. Droga wiedzie przez rumowiska skalne, trawki, skaczemy z bloku na blok, chwilami znajdujemy ścieżkę. Im wyżej tym więcej śniegu. Wkrótce też zatrzymujemy się, zakładamy gacie (uprzęże) i wiążemy się liną. Chłopaki obwieszają się pętlami, kośćmi, ekspresami. Krzysiek prowadzi, ja za nim, a Mariusz jako ostatni. Dzieli nas dystans około trzydziestu metrów.
O grani
Według toposfery grań Kościelców jest to ciekawa i niezbyt trudna grań prowadząca z Mylnej Przełęczy poprzez Zadni Kościelec. Ze względu na swoja popularność nazywana jest często Granią Praojców. Z Mylnej Przełęczy pokonując kilka stromych kilkunastometrowych ścianek wychodzimy na Zadni Kościelec. Z Zadniego Kościelca wspinając się dalej granią schodzimy na Kościelcową Przełęcz (skąd jest możliwość zejścia do Doliny Gąsienicowej) skąd 80m uskok prowadzi nas na szczyt Kościelca. Pierwsze przejście, zarówno z Kościelca na Mylną Przełęcz (1905), jak i w odwrotnym kierunku (1906) zrobili Zygmunt Klemensiewicz oraz Roman Kordys.
I wtedy oblatuje mnie niezły strach
Chłopaki wspinają się już od kilku lat. A ja zastanawiam się jak to będzie i po raz pierwszy czuję, że oblatuje mnie niezły strach. No nic, muszę sobie poradzić. Jeśli mam wreszcie naprawdę zacząć uczyć się wspinać, to muszę. Zachęcona tą myślą, zacieram ręce.
Wychodzimy na Mylną Przełęcz. Nasza przygoda rozpoczyna się na dobre. Idziemy z asekuracją lotną, którą jednak w razie potrzeby można przekształcić w sztywną. W drogę. Krzysiek bezproblemowo pokonuje kolejne przeszkody. Drapię się za nim niepewna już siły własnych nóg i rąk. No i masz babo placek. Wchodzę w takie miejsce, które ma tylko chwyty na ręce, a ja w życiu nie podciągnę się na samych rękach. W międzyczasie jeszcze coś wypada Krzyśkowi i Mariusz schodzi kawałek w dół, by to zabrać. Przyklejam się więc w niewygodnej pozycji do ściany i czekam. W chwilę później Mariusz jest z powrotem. Widzi też, że nie dam rady się podsadzić, więc przychodzi mi z pomocą, to znaczy trzyma mi piętę przy skale podczas, gdy szukam chwytów.
Idziemy dalej. Droga nie jest trudna, ale stres troszeczkę mnie blokuje i sprawia, że poruszam się dość niepewnie. Podchodzimy, schodzimy, podchodzimy i znowu w dół. Krzysiek zakłada kolejne przeloty, przepinam tylko linę i idę dalej, a Mariusz likwiduje je. W końcu też musimy się spotkać, bo pierwszemu kończą się pętle i ekspresy. Zakłada więc stanowisko i za chwilę już siedzimy razem.
napieranieEast News
A wtedy oblatuje mnie jeszcze większy strach!
Wspinamy się. Krzysiek płynnie przechodzi po blokach. Gdy dochodzi do góry idę za nim i nagle! Lecę razem z wantami, którą jakimś cudownym sposobem wyrwałam. Na szczęście po około 2-3 metrach zatrzymuję się z kamieniami, które leżą mi na prawej ręce. Nie ruszam się. Jak się ruszę to kamienie się ruszą, a ja z nimi. Przynajmniej takie mam wrażenie. W chwilę potem Mariusz jest już obok i ściąga ze mnie bloki. Siadam na śniegu. Chyba jestem w szoku, bo nic nie czuję. Nie boli. Nie, nic nie złamałam. Nie pamiętam dobrze, ale wydaje mi się, że kolega pyta czy mogę iść dalej. No jasne, że tak. Przecież nie będziemy siedzieć tu do wieczora. Dopiero gdy Mariusz przytrzymuje mnie, (pod blokami był lód i nie mogę ustać na ślizgiej powierzchni) czuję jak cała się trzęsę. A najbardziej czują to moje nogi. W końcu przeciskam się przez mikroskopijny komin i siedzę wpięta do stanowiska, obok Krzysia. Stres jeszcze nie opadł. Podkradam kilka buchów papierosa Jurkowi. Moja pierwsza wspinaczka w Tatrach i już lot. Dużo wrażeń. Z tego wszystkiego jakoś tak Zadni Kościelec umknął mi właśnie
.
Spinamy i wspinamy
Droga na Kościelcową Przełęcz prowadzi przez schodzenie, opuszczanie, przedzieranie się. Co chwilę leżę na skalę rozpłaszczona jak żaba. Poziom zaufania do skały, rąk i nóg po locie jest raczej marny, więc wspinam się wszystkim czym mogę - na kolanach, opierając się biodrami, chyba tylko nie wiszę na uszach. Byle tylko jak najbezpieczniej, byle nikomu nie stała się krzywda. To musi wyglądać naprawdę pociesznie!
W końcu zatrzymujemy się na Kościelcowej Przełęczy. Obiektywnie rzecz biorąc droga nie wydaje się być trudna, są spity, jest dobrze obita. Tyle, że poziom mojego zdenerwowania sięga zenitu. Zjadam trochę chipsów bananowych, ale jest mi po nich tylko gorzej. Idziemy. Przed nami około 80m wspinaczki na szczyt. Od czasu do czasu proszę Krzyśka o sztywną linę, jakoś tak czuję się pewniej. Zachwycona jestem widokami jakie roztaczają się przed moimi oczami. Nigdy nie widziałam Tatr z tej perspektywy. Ekspozycja jednocześnie fascynuje mnie i przeraża, ale nie chciałabym być w żadnym innym miejscu na świecie. Wspinamy się, powtarza się rytuał zakładania przelotów, przepinania ich i ściągania.
Nagły koniec
I nagle? Stajemy na szczycie? Już? A z dołu wydawało mi się, że te osiemdziesiąt metrów to tak dużo.
Podajemy sobie ręce, wyskakujemy z uprzęży, zwijamy szpej i już mkniemy w dół. Po drodze jeszcze tylko zakładamy raki, bo zejście z Kościelca jest dość oblodzone i niedługo potem jesteśmy już w schronisku. Powoli zapada zmrok. Schodzimy Jaworzynką do Zakopanego, podziwiamy chmury przelewające się przez Czerwone Wierchy i światła w dole. Znajdujemy jeszcze samochód i już po chwili każdy odjeżdża do domu.
Anna Piechowska










Twój komentarz może być pierwszy!